Artykuły prasowe warte przeczytania - Strona 31

Muzyka. Literatura. Prasa. Film. TV. Krótko mówiąc - Kultura. Wszystko co się dzieje w Polsce i na Świecie jest warte skomentowania. Polityka i wydarzenia. Dyskusje tylko na wysokim poziomie.
Awatar użytkownika
franz
Ki(L)gore Trout
Posty: 3855
Rejestracja: 15 paź 2006, 16:58
Reputacja: 100
Lokalizacja: Miasto Kanibali

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: franz » 29 sty 2014, 14:07

bagg pisze:franz, w okresie fascynacji historia i literatura japonii czytales jakies ksiazki godne polecenia?
Ale co Cie dokładnie interesuje sama literatura, czy wartościowe książki dotyczące samej Japonii, jej historii, religii, kultury itd?

W temacie Ukrainy, moim zdaniem wyważona opinia młodego Dawida Wildsteina
Pomyłki Łysiaka, czyli co z tym majdanem?

Waldemar Łysiak uznał za stosowne napisać tekst o ukraińskich protestach przeciwko reżimowi Wiktora Janukowycza. Mogliśmy z niego się dowiedzieć wielu ciekawostek. Otóż kijowski majdan to zbiorowisko genetycznie ułomnych mutantów, marzących tylko o zabijaniu Polaków. Wielbiących Banderę i nazizm. Trzeba trzymać się od nich z daleka. Niech Janukowycz wygra.

Po co właściwie zajmować się tekstem Waldemara Łysiaka w „Do Rzeczy”? Ponieważ stanowi on idealne kompendium mitów, półprawd i fałszów, poprzez które rzeczywistość majdanu opisuje część polskiej prawicy. I dlatego warto się nad nim nachylić i pokazać, do jakiego stopnia jest to opis i fałszywy, i absurdalny, i wewnętrznie sprzeczny.

Kłamstwa o majdanie

Dla Łysiaka (jak i narodowców czy znacznej części ludzi związanych ze środowiskiem kresowym itd.) majdan to banderowcy. Chcą mordować Polaków, a nie z nimi rozmawiać. Gdyby wziąć te słowa na poważnie, to należałoby wypowiedzieć wojnę majdanowi, wysłać posiłki dla Janukowycza albo przynajmniej zamknąć granicę przed ukraińskimi potworami i oddać ich w ręce Rosji.

Ten opis jest po prostu kłamstwem. Absurdalność tej propagandy staje się uderzająca, gdy człowiek znajdzie się już na majdanie (warto zwrócić uwagę, że żaden z krytykantów, tak mocno gardłujący w prawicowych mediach, na to się nie zdobył). Czy na majdanie są flagi UPA? Są. Czy są odwołania do Bandery – są, i to widoczne. Jednak nie tworzą one klimatu majdanu ani nie wyrażają jego postulatów. Są jednym z wielu jego elementów, i na pewno nie najsilniejszym. Większość protestujących zebrała się tu, by walczyć z tymi, którzy do nich strzelają, z reżimem, który chce ich pozbawić wolności. Historia jest dla nich drugorzędna. Symbole, które niesie część demonstrantów, nie mają dla nich odniesienia do realnych wydarzeń historycznych. Są wyrazem sprzeciwu wobec tego, co dzieje się teraz, a nie afirmacją zbrodni z przeszłości. Tak jest np. z flagami UPA. Większość Ukraińców nie ma pojęcia, że armia ta popełniała zbrodnie na Polakach. Znają UPA tylko z walk z Sowietami. Dochodzi w związku z tym do paradoksalnych sytuacji. Gdy obalono w Kijowie pomnik Lenina, w tłumie powiewało wiele flag UPA. Gdy trzymający je ludzie zobaczyli moją radość ze zniszczenia monumentu zbrodniarza, zaczęli spontanicznie skandować: „Polska, Polska!”. Podobnych sytuacji jest bardzo wiele. Zresztą większość obecnych na majdanie na widok Polaków okazuje niesłychaną radość.

Ukraina i Marsz Niepodległości

Jednocześnie trzeba przyznać rację tym, którzy zwracają uwagę na coraz większą widoczność skrajnego nacjonalizmu na majdanie, czasem zahaczającego wręcz o gloryfikację nazizmu. Ogień barykad i mordy reżimu Janukowycza zradykalizowały protest. Jednak nawet na najbardziej wysuniętych placówkach majdanu, np. ul. Hruszewskiego, gdzie właściwie nie ma nocy i dnia bez starć z Berkutem, taka symbolika stanowi mniejszość. W porównaniu z początkiem protestów jest wyraźniejsza, ale nadal nie reprezentuje majdanu. Można sobie pozwolić na porównanie z 11 listopada w Polsce. Możemy nie lubić przywódców Marszu Niepodległości, ale czy stwierdzimy, że jego uczestnicy są faszystami? Czy sam marsz jest inicjatywą neonazistowską? A przecież uczestniczą w nim grupki neonazistowskie, czasem usłyszy się rasistowskie hasła. Jednak żaden zdrowo myślący człowiek nie będzie usiłował wepchnąć całej tej manifestacji do worka z napisem „nazizm”. Nie tylko dlatego, że nie chce być jak Adam Michnik czy Sławomir Sierakowski, bo to wstyd. Także dlatego, że elementarna uczciwość nie pozwala obrażać tysięcy ludzi, uczestniczących w tym proteście. Chciałbym więc, żeby podobna rzetelność cechowała tych, którzy opisują majdan dziś, a zwłaszcza publicystów prawicowych. Bo przykra to dla mnie sytuacja, gdy prawdziwiej opisuje majdan „Wyborcza” niż część moich prawicowych autorytetów. Poza tym przyjmijmy nawet na sekundę wersję, że majdan rzeczywiście w większości jest banderowski (co jest oczywistą brednią). Rozumiejąc przerażającą historię tej postaci, zadajmy sobie pytanie: czy to, że Ukraińcy, w większości nieznający ciemnych kart biografii Bandery, oddają mu cześć – powinien być powodem, dla którego akceptujemy fakt, że Janukowycz ich morduje? Że wprowadza dyktaturę i oddaje ich kraj w ręce Rosji? Czy nasi prawicowi idole, tak często odwołujący się do chrześcijaństwa, wolności, możliwości samostanowienia, nagle uznali, że niewłaściwe autorytety to wystarczający powód, dla którego można strzelać do ludzi z broni snajperskiej i mordować porwanych opozycjonistów (którzy, co warto powtarzać, z Banderą nie mieli nic wspólnego)?

Druga Czeczenia?

W wypadku znacznej części Ruchu Narodowego argumentacja antymajdanowa ma na celu polityczną instrumentalizację tragedii wołyńskiej. Staje się pretekstem do ataku na PiS i zbieraniem ewentualnych głosów wyborczych. Tym samym poważna dyskusja o majdanie jest wciąż sprowadzana do poziomu rynsztoka i politycznej awantury z PiS. Jednak cały paradoks narracji utożsamiającej majdan z banderowcami tkwi w tym, że jest to jeden najsilniejszych argumentów za obecnością Polaków na majdanie. Czarna wizja Łysiaka nie jest bowiem prawdziwa, ale może się ziścić. I musimy zrobić wszystko, by do tego nie doszło, czyli wspierać te działania, które doprowadzą do obalenia Janukowycza.

Janukowycz nie jest gwarancją, że banderowców nie będzie. To jego polityka prowadzi do radykalizowania się poglądów tej części populacji, która nie akceptuje tego reżimu. Im Ukraina jest dalej od Europy, im bardziej jest osamotniona w walce z przemocą wspieraną przez Rosję – tym bardziej jej zachodnia część przybierać będzie szaty skrajnego nacjonalizmu. Warto mieć świadomość, że Ołeh Tiahnybok jest umiarkowany jak na Swobodę. Partie opozycyjne, takie jak UDAR i Batkiwszczyna, będą konkurencją dla skrajnych narodowców i odbiorą im głosy. Jeśli Janukowyczowi uda się zdławić ten bunt, w konsekwencji na placu boju pozostaną tylko ci najbardziej radykalni. Ponadto wejście Ukrainy w orbitę zachodnich wpływów jest jedyną szansą na uspokojenie radykalnych tendencji. Pokazanie ludziom majdanu, że Europa, w tym Polska, wyciąga do nich rękę – może uświadomić im, że zbyt radykalna propaganda nacjonalistyczna nie tylko promuje nieprawdę, ale także jest dla nich nieopłacalna – skończy się bowiem utratą sojuszników. Jeśli jednak będą samotni, pozbawieni wsparcia z zewnątrz, gnębieni przez swoją władzę i Rosję – wtedy jedyne, co im pozostanie, to odwołanie się do wizji najbardziej skrajnych i pełnych przemocy. Do czego zresztą dąży dziś tak Rosja, jak i Janukowycz – aby legitymizować swoją władzę jako jedyny ratunek przed „radykałami”. Przy całej świadomości różnicy tych dwóch sytuacji – spójrzmy, w jaki sposób znaczna część Czeczeńców osunęła się w skrajny fundamentalizm islamski. Stało się to w momencie, gdy wkroczyła tam Rosja i zainstalowała swój marionetkowy rząd. Dopiero wtedy, pod wpływem poczucia osamotnienia i doświadczenia straszliwych mordów, Czeczeńcy zaakceptowali pośród siebie tych, którzy nawoływali do skrajnej przemocy. To samo może stać się na Ukrainie.

Naprawdę groźna Ukraina

Jedno jest pewne. Polska nie może nigdy zapomnieć o tragedii Wołynia, o niesłychanym okrucieństwie tego mordu (nawet jak na koszmarny wiek XX), o zezwierzęceniu i barbarzyństwie tych, którzy go dokonali, posiłkując się ideologią Bandery – bo przestałaby być Polską. Ale nie może też pozwolić na to, by Ukraina weszła na stałe w orbitę rosyjskich wpływów. Nie może od niej się odwrócić, nawet gdy ta będzie wystawiała sobie nie takich bohaterów, jakich wymarzą sobie ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, Waldemar Łysiak czy przywódcy Ruchu Narodowego. Bo istnieje Ukraina dla Polski dużo bardziej niebezpieczna niż ta, w której stawia się pomniki banderowcom. To Ukraina, na której stacjonują rosyjskie wojska.

Awatar użytkownika
Boromir
Shadow stalker
Posty: 26867
Rejestracja: 30 gru 2006, 14:31
Reputacja: 6707

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Boromir » 29 sty 2014, 17:42

Nie znam tekstu Łysiaka, więc pewnie przekaz Wildsteina odbieram nieco inaczej niż to powinno być, ale co do UPA:
Większość Ukraińców nie ma pojęcia, że armia ta popełniała zbrodnie na Polakach.
I taki argument ma niby mnie przekonać, że szmaty UPA są niegroźne i można je pomijać w przekazach? Raz, że nie nasza w tym wina, że Ukraińcy nie znają swojej historii i świadomie ją przekłamują nie mówiąc prawdy. Bronią w tym swoich interesów, brawa im za to, ale to nie znaczy, że mamy to akceptować. Dwa, że naszym obowiązkiem jest mówić o tym, co działo się na Wołyniu w każdym momencie, jak jakiś przygłup nie znający symboliki barw, które nosi takie symbole ze sobą targa. Żydzi mogą, a my nie? Trzy, Ukraińcy doskonale wiedzą, czym parała się UPA i doskonale wiedzą, że nie mogą o tym mówić głośno, bo cały kult stanie się nie do obrony.

Taka gadka, że to tylko symbol walki z ruskimi jest śmieszna, bo jakoś pierwszego stycznia Ci sami ludzi doskonale pamiętają, że dewizą Bandery było rizat Lachy. Większości Ukraińców kult Bandery nie jest po drodze. To są dobrzy ludzie i wiedzą, że zrobili rzecz niewybaczalną. Jednocześnie jest w nich coś takiego, co nie pozwala im się przyznać do błędu, zawsze wypierają się czynnikami z zewnątrz, a to, że wojna i generalnie sorry, taki klimat, a to, że Polacy ich gnębili. W starciu z argumentami (które znają na pamięć, każdy recytuje te same formułki) szybko przyznają Polakom rację. Tak ciężko Kaczyńskiemu stwierdzić, że Ukraińcy wolność bla bla bla, Polacy bracia Was wspierają, ale nie pod takimi szmatami jakie targacie ze sobą na Majdan czy w Stanisławowie bo to jest niedopuszczalne? To byłby pierwszy krok moim zdaniem. Skoro, zdaniem Wildsteina (a także moim), nie wyrażają postulatów Majdanu to po co one tam?

Mogę się zgodzić z Wildsteinem, że nazywanie Majdanu banderowskim jest niedopuszczalne, bo mimo wszystko tam ciągle w większości siedzą studenci, a zadymiarzy jest garstka. Ale nie może być przyzwolenia na banderowskie szmaty, to każdy Polak chyba rozumie. To tak, jakby nagle wybuchły w Niemczech masowe protesty przeciwko ciapatym i latałyby pojedyncze swastyki. Hałas byłby taki, że o ja Cię nie mogę.

Z resztą artykułu też bym się pospierał, ale nie mam czasu na to, bo u nas wojny nie ma i ludzie normalnie pracują. A szkoda, bo temat ważny i ciekawy. Temat, który niestety przegrywamy i w którym (nie przypuszczałem, że kiedykolwiek to napiszę) najrozsądniej zachowuje się jednak Donald Tusk.

Awatar użytkownika
kaczy
Gwiazda
Gwiazda
Posty: 7935
Rejestracja: 01 cze 2004, 10:04
Reputacja: 466

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: kaczy » 03 lut 2014, 14:12

PO jako śmiertelna zaraza
Zaraz ktoś powie: - Platforma jako zaraza? No nie, przesadziłeś, tam są też fajni ludzie, chcą dobrze dla Polski, naprawdę Grzechu..... No i jestem trochę w kropce, bo przecież nawet sam Gowin też tam poznał wspaniałych ludzi, tak więc coś jest na rzeczy, a Pan Gowin to prawica jak nic...... Media znowu każą nam myśleć, że PO to partia wspaniała, świetna, choć miała trochę potknięć, ale kto ich nie ma? Tymczasem, Platforma Obywatelska, jako całość, jest po prostu zarazą, jest śmiertelnie niebezpieczną organizacją dla Polski. Prowadzi tę Polskę wprost do wyniszczenia. Jeśli ktoś ocenia nasz potencjał po jednej nitce autostrady, dwóch wysokościowcach i klepnięciu Tuska przez Merkel, jest idiotą. Polska stacza się cywilizacyjnie, demograficznie, gospodarczo i kulturowo na samo dno. Skok gospodarczy? Czyj, i w czym niby, bo mamy już tylko zagraniczne fabryki i koncerny, w których pracuje tania siła robocza z Polski. Kulturowy upadek widać nawet na przykładzie głośnego ostatnio Andrzeja Wajdy. Jaki był, taki był, ale "Człowiek z marmuru", to był jednak niezły film, a "Ziemia obiecana", poza antykapitalistycznym przesłaniem, była dziełem znakomitym. W Polsce Tuska zrobił film koszmarny i nawet jeśli "dzieło" o Bolku dostanie Oscara, to nie zmienia to faktu, że to koszmar, gniot, kpina z polskiego widza. Szkoda, że mur stoczni nie miał z 15 metrów wysokości, byłoby bardziej widowiskowo.

Polska stacza się także w obyczajach i standardach, bo standardy te narzuca PO. A są to korupcja, poczucie wyższości nad ciemnym ludem i upojenie się władzą. Te standardy świetnie wbijają Polakom do głów zarażone zarazą media. Skupiają ludzi posłusznych, zepsutych, bez ideałów, traktujących widzów jak kretynów. Nic dziwnego, że Platforma ma wciąż ponad dwadzieścia procent poparcia w kolejnych sondażach, a powinna mieć dziś nie więcej niż jeden procent. Jest to najbardziej antynarodowe i antypolskie ugrupowanie polityczne od czasów stalinowskich. Różnica polega na tym, że wtedy górę partyjnego i ubeckiego aparatu tworzyli omamieni komunizmem prostacy i wychowankowie Róży Luksemburg, jawnej polakożerczyni, ubezpieczani przez sowieckie bagnety i przysłani tu przez NKWD. Trzeba dodać, że oni stąd nie wyszli, ponieważ wychowali swoich wiernych potomków, którzy dziś tworzą trzon tak zwanej elity III RP. Platforma znakomicie wpisała się w ten nowy system. I znakomicie realizuje od siedmiu lat totalny demontaż Polski. Nikt tego przedtem tak świetnie nie robił.

Znam niektórych polityków czy działaczy Platformy i wiem, że nie są w jakiś szczególny sposób umoczeni w te wszystkie cwaniackie gierki i w ten wielki plan zniszczenia naszego państwa. Ale co zwalnia ich od odpowiedzialności, od powiedzenia sobie wprost, jestem w partii szumowin politycznych. Niech zwolennicy Tuska pokażą nam choć jednego polityka PO, który zasługuje na miano uczciwego, poważnego, odpowiedzialnego. To zrozumiałe, że jak stawia się znak równości pomiędzy PO a działaniem na szkodę Polski, odzywają się głosy obrony, albo nawet posądzenia autorów takich twierdzeń o jakiś dogmatyzm lub wręcz o szaleństwo. Spróbujmy zatem telegraficznie opisać, co Platforma zrobiła z Polską w ciągu tych siedmiu lat.

Po pierwsze, nie mamy już w ogóle własnej, nowoczesnej gospodarki, pozostała nam jedynie, i nie w całości, polska energetyka. Cała reszta nie jest już nasza. Banki „załatwił” nam jeszcze Balcerowicz, ale infrastrukturę położyła całkowicie Platforma. Kiedy wstępowaliśmy do Unii Europejskiej wydawało się, że, tak jak Hiszpanie, przynajmniej zmodernizujemy nasz kraj, choćby trochę. Tymczasem mamy tu jeden wielki drogowy chaos, opóźnienia w budowie dróg sięgają trzech lat, upadły polskie firmy budowlane (w Hiszpanii zbiły kokosy), a kolej to po prostu tragedia, to totalny rozpad. Ludzie nie mogą dojechać do pracy, zamyka się ich w małych miasteczkach, bo ciągle likwidowane są kolejne połączenia. Za chwilę mają zniknąć Przewozy Regionalne. To są fakty, a nie złotouste wypowiedzi premiera. Edukacja od czasów reformy Buzka, dołuje, pikuje, jest traktowana po macoszemu i, na domiar złego, próbuje się wprowadzić w szkołach ideologię postępu i gołych cycków. Jakby naprawdę nie było innych zmartwień. To za czasów PO Polskę opuściło dwa miliony młodych ludzi, zupełnie tak, jakby to były czasy zaborów, jakby to był schyłek XIX wieku, czasy emigracji za ocean. Nikt tego nie liczy, nie kalkuluje, pisze się bzdury, że płyną dewizy do Polski, ale my przecież straciliśmy. często bezpowrotnie, dwa miliony młodych, zdolnych i energicznych Polaków. Tam, gdzieś na wyspach czy na berlińskim Kreuzbergu urodzą się ich dzieci. Za ich edukację nie zapłacił Schmidt czy Johnson, tylko Kowalski ze swoich podatków, oraz rodzice tych młodych ludzi.

Polska dramatycznie wręcz obniżyła swoje notowania na arenie międzynarodowej. Doprawdy, nikt nie pyta się nas o nic. Ani w Unii Europejskiej, ani na świecie. Przy naszych granicach Rosja i Białoruś prowadzą gigantyczne manewry wojskowe o wybitnie ofensywnym charakterze a my nic, milczymy. Milczy też NATO, bo, po pierwsze, w d...... ma Polskę, a po drugie, zdolności bojowe Paktu, bez wsparcia USA, są żadne. W USA jest z kolei u władzy taki Tuskobama, który doskonale wręcz pcha Amerykę w objęcia Rosji, wręcz poddaje swój własny kraj Kremlowi. Ruchy, jakich dokonuje na arenie międzynarodowej, byłyby nawet nie do pomyślenia za czasów Reagana. Moskwa idzie więc śmiało do przodu i już dziś może powiedzieć, że Polskę to Wy nam zostawcie w spokoju towarzyszu Obama. Wydaje się, że prezydent USA posłuchał. Jesteśmy więc bezbronni i tylko genialny umysł Wałęsy nas tu ratuje. Skoro jest tak fatalnie, to połączmy się z Niemcami. Jak już, to połączmy się też z Rosją i Białorusią, tym bardziej, że same wojska białoruskie rozjadą nas w dwa tygodnie. Takie to sukcesy w polityce międzynarodowej ma Platforma Obywatelska.

To jest zaraza dla Polski, najgroźniejsza od wieków. Śmiertelnie niebezpieczna, bo tworzą ją przecież Polacy. Pamiętać jednak trzeba, że w XIX wieku "nowosilcowe dywany" też wycierali Polacy, Polacy zdrajcy. Platforma funduje nam Polskę bez właściwości, bez innowacji i bez polskiej nauki, Polskę, gdzie obłąkany polityk PO żąda usunięcia ze stanowiska prof. Kleibera. Czy ktoś się tym w ogóle przejmuje, poza garstką zapaleńców? Zamiast kultury papka i wygłupy celebrytów, zamiast gospodarki, konferencja prasowa minister sportu, jak idzie dopłacanie do Stadionu Narodowego. To jest dramat, to jest tragedia. W którym europejskim kraju minister rządu robi spęd dla dziennikarzy, żeby powiedzieć o wynikach spółki zarządzającej jednym obiektem sportowym (!), do tego z taką aferą finansową w tle, jak owe słynne sześć milionów złotych wydane na koncert Madonny. Tu już nawet nie wystarczy leczenie. Spęd transmituje w dodatku państwowa telewizja. Chory system, chory kraj. Platformie zależy z pewnością na jednym: utrzymać jak najwięcej osób w przekonaniu, że Polska jest dziś normalnym, fajnym, europejskim krajem. Otóż nic bardziej mylnego. Jesteśmy w ogonie Europy niemal pod każdym względem. Nie mamy sprawnej armii, instytutów badawczych z prawdziwego zdarzenia, nie mamy uczciwych zasad w codziennym życiu milionów Polaków. Rządzi złodziej i cwaniak. On narzuca nam, za pośrednictwem lewackich mediów narrację, że to co się dzieje, jest normalne. Mediom jest to na rękę, bo niszczy się w ten sposób naszą tożsamość narodową, naszą tradycję i historię, a w to miejsce pompuje się postępową papkę, już - przepraszam za to określenie - dokładnie wyrzyganą przez Zachód. To jest właśnie zaraza, to jest właśnie PO, to jest Platforma Obywatelska. Smoleńsk jest symbolem wszechwładzy tej śmiertelnej dla Polski Zarazy.
http://niepoprawni.pl/blog/5885/po-jako ... lna-zaraza


Tekst ukazał się we Wrześniu 2013, jednak dalej na czasie.
Od niedawna skrupulatnie odkładam sobie sobie anty-platformerską propagandę. Przecież te wszystkie, afery i przekręty to jawna kradzież.
Nie można przemilczeć, nie wolno zapomnieć. Co za mentalność gnoja. Pójdzie taki jeden na prawo czy dziennikarstwo, chamski wyszczekany ... Jak żyć ?

Awatar użytkownika
franz
Ki(L)gore Trout
Posty: 3855
Rejestracja: 15 paź 2006, 16:58
Reputacja: 100
Lokalizacja: Miasto Kanibali

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: franz » 13 lut 2014, 18:20

Zbigniew Romaszewski nie żyje

W czwartek w Warszawie w wieku 74 lat zmarł Zbigniew Romaszewski, legenda opozycji antykomunistycznej, działacz KOR i Solidarności, wieloletni senator i wicemarszałek Senatu. W 2011 r. został odznaczony przez prezydenta Orderem Orła Białego.

O śmierci Zbigniewa Romaszewskiego poinformowała jego córka Agnieszka Romaszewska-Guzy. Jak powiedziała, przyczyną śmierci ojca był masywny udar pnia mózgu. Poinformowała też, że rodzina zgodziła się oddać jego obie nerki do przeszczepu. - Mamy nadzieję, że uratują komuś życie - podkreśliła.

Od niedzieli Romaszewski był w stanie śpiączki farmakologicznej, po tym jak w wyniku zachłyśnięcia nastąpiło zatrzymanie akcji serca.

Romaszewski urodził się w Warszawie, 2 lutego 1940 r. – to oficjalna, zapisana w metryce urodzenia data; inna, najprawdopodobniej prawdziwa, podawana przy różnych okazjach przez samego polityka, to 12 grudnia 1939 r. Po powstaniu warszawskim został wywieziony wraz z matką do obozu pracy w Gross Rosen.

W 1964 r. ukończył studia na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego. W październiku 1980 r. obronił doktorat w Instytucie Fizyki Polskiej Akademii Nauk, gdzie pracował od ukończenia studiów do 1983 r.

W okresie PRL był aktywnym opozycjonistą. W 1967 r. wraz z żoną Zofią zbierał podpisy pod petycją pracowników naukowych w obronie Adama Michnika. W 1976 r., po protestach robotniczych w Radomiu i Ursusie, wywołanych przez drastyczną podwyżkę cen żywności, uczestniczył w organizowanej przez Komitet Obrony Robotników akcji pomocy represjonowanym.

Od 1977 r. był członkiem Komitetu Samoobrony Społecznej - KOR; wraz z żoną Zofią prowadził Biuro Interwencyjne, rejestrujące przypadki łamania praw człowieka i niosące ofiarom bezprawia pomoc prawną i materialną.

Na przełomie 1979/80 r. zorganizował Komisję Helsińską, nadzorującą wprowadzanie w życie postanowień Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (KBWE). Pod jego redakcją Komisja opublikowała Raport Madrycki omawiający stan przestrzegania praw człowieka w PRL.

W latach 1980-1981 kierował Komisją Interwencji i Praworządności NSZZ "S", został wybrany do Prezydium "S" Zarządu Regionu Mazowsze, a następnie do Komisji Krajowej. W stanie wojennym ukrywał się, był poszukiwany przez SB. W tym czasie zorganizował podziemne Radio "Solidarność". Pierwszą audycję nadano 12 kwietnia 1982 r. w Warszawie.

Aresztowany w sierpniu 1982 r., Romaszewski był sądzony w dwóch kolejnych procesach: twórców Radia "Solidarność" i Komitetu Samopomocy Społecznej KOR. Został skazany w lutym 1983 r.; wyszedł na mocy amnestii w sierpniu 1984 r.; uniewinniono go w 1991 r.

Po zwolnieniu z więzienia, centralne władze PAN uniemożliwiły mu podjęcie dalszej pracy w Instytucie Fizyki w Warszawie. Został zatrudniony wówczas jako redaktor "Acta Physica Polonica" w Instytucie Fizyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Po uwolnieniu kierował też reaktywowaną w podziemiu Komisją Interwencji i Praworządności NSZZ "S", która zajmowała się dokumentowaniem przypadków represji i pomocą ofiarom. W 1988 r. Komisja organizowała pomoc dla strajkujących robotników (Stalowa Wola, Nowa Huta, kopalnie Górnego Śląska, Szczecin, Gdańsk).

W 1988 r. zorganizował I Międzynarodową Konferencję Praw Człowieka w kościele w Mistrzejowicach w Nowej Hucie pod Krakowem. II Międzynarodowa Konferencja Praw Człowieka odbyła się w 1990 r. w Leningradzie w ZSRR. W 1998 r. Romaszewski założył Fundację Obrony Praw Człowieka.

Od 1989 r. Romaszewski zasiadał w Senacie. W 1989 r. startował z listy Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie; w 1991 - jako kandydat niezależny, w 1993 - z listy NSZZ "S", w 1997 - z listy Ruchu Odbudowy Polski; w 2001 r. - z listy "Blok Senat 2001", a w 2005, 2007 - z listy PiS. W 2007 r. został wicemarszałkiem Senatu.

W kolejnych wyborach - w 2011 r. Romaszewski wystartował do Senatu bez powodzenia. Ubiegał się o wybór w okręgu obejmującym pięć prawobrzeżnych dzielnic stolicy.

W 2011 r. został wybrany przez Sejm na członka Trybunału Stanu. W tym samym roku prezydent Bronisław Komorowski odznaczył go Orderem Orła Białego.
Odszedł jeden z wielkich ludzi fenomenu Solidarności


Zawsze, gdy padać będzie nazwisko Zbigniewa Romaszewskiego będę wspominał jego opowieści o wyjazdach z pomocą dla robotników z Radomia w czerwcu i lipcu 1976 r.

Młody pracownik naukowy fizyki przyjeżdża do miasta, w którym stłumiono właśnie robotnicze protesty spowodowane drastycznymi podwyżkami cen żywności. Rzekomo oświecony reżim Edwarda Gierka zrzuca maskę i pokazuje groźną twarz komunistycznego państwa, które mści się na robotnikach. Romaszewski spotyka przerażone rodziny, których bliscy są w więzieniu, słyszy opowieści o sadystycznych ścieżkach zdrowia, w trakcie których milicjanci ustawieni w szpaler bestialsko katują robotników fabryki Łucznika zatrzymanych w czasie zajść.
-To było wtedy okupowane miasto – wspominał Romaszewski. -Tam zrozumiałem, że nie mogę być obojętny, bierny, że muszę pomagać i tym działaniem samemu zrzucać z siebie płaszcz lęku przed totalitarnym państwem.

Od pomocy robotnikom przeszedł do pomocy wszystkim ofiarom bezprawia komunistycznego państwa. Był duszą Komitetu Samoobrony Społecznej KOR. Jednocześnie brał udział w spotkaniach z przedstawicielami czechosłowackiej opozycji ze środowiska Karty 77 na granicy Polski i Czechosłowacji.

Był człowiekiem Solidarności przez duże „S” i za wiermość związkowi zapłacił wysoką cenę. Za tworzenie podziemnego Radia „Solidarność” przesiedział w areszcie ponad 2 lata. Jego głębokie poczucie konieczności wyjaśnienia i ukarania zbrodniarzy PRL po 1989 r. pchnęło go do obozu krytycznego wobec Okrągłego Stołu. Nadal zajmował się obroną praw zwykłych ludzi. Taki charaktr miała jego aktywność w Komisji Interwencji Senatu i w imię tej troski o praworzadność całkiem niedawno odwiedzał jednego z kibiców Legii w stosunku do którego nadużywano prawa.

Odszedł jeden z wielkich ludzi fenomenu Solidarności z lat 1980- 1989 r.
http://dorzeczy.pl/odszedl-jeden-z-wiel ... idarnosci/


Awatar użytkownika
franz
Ki(L)gore Trout
Posty: 3855
Rejestracja: 15 paź 2006, 16:58
Reputacja: 100
Lokalizacja: Miasto Kanibali

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: franz » 04 mar 2014, 17:01


Awatar użytkownika
franz
Ki(L)gore Trout
Posty: 3855
Rejestracja: 15 paź 2006, 16:58
Reputacja: 100
Lokalizacja: Miasto Kanibali

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: franz » 07 mar 2014, 14:42

W cieniu Krymu

Podczas gdy większość Polaków jest generalnie zaniepokojona agresją putinowskich „nieznanych sprawców” na Krym i wywołanym tym zamieszaniem, kilku co najmniej polityków wznosi zapewne dziękczynne modły, że coś tak skutecznie odwróciło uwagę od nich. Jednym z nich jest minister zdrowia Bartosz Arłukowicz. Akurat niepostrzeżenie minął termin, w którym miał pod grozą utraty stanowiska przedstawić remedium na kolejki w służbie zdrowia. I nikt tego nie zauważył.

No, może nie przesadzajmy z tą grozą. Pogróżka premiera warta była tyle samo, co swego czasu zapowiedź, że zwolni ministra Grada, jeśli ten nie znajdzie inwestora dla stoczni gdańskiej. Powiedzmy sobie szczerze, że na Arłukowicza jesteśmy skazani.

Gdzie Tusk znajdzie kogoś potulniejszego i bardziej oddanego niż były działacz SLD, który nie zostawiał suchej nitki na "reformach" minister Kopacz, bardzo trafnie skądinąd prorokując, do czego one doprowadzą − a potem sprzedał się Platformie za fikcyjne ministerstwo "do spraw wykluczonych", by stamtąd przyjść do resortu zdrowia firmować tym czymś, co ma w miejscu, gdzie uczciwi ludzie mają twarz, wszystkie szkody przez krytykowaną poprzedniczkę poczynione.


Nie przeczuwając, że sprawa zostanie kompletnie przykryta przez Krym, jedna z gazet zamówiła nawet na okoliczność przewidywanej dyskusji sondaż o tym, jak zmienia się ocena służby zdrowia przez Polaków. Wykazał on, że od roku 2008 odsetek tych, którzy oceniają ją jak najgorzej, zwiększył się o jakieś 10 procent − a w 2008 był ogromny. I na tośmy siedem lat słuchali o ciepłej wodzie w kranie i prywatyzacji przychodni jako uniwersalnym lekarstwie... "By żyło się lepiej". Wiadomo komu.

Modły dziękczynne do Putina wznosi zresztą pewnie Platforma jako całość, ze szczególnym uwzględnieniem europosła Jacka Protasiewicza. Wydawało się, że o jego "stanach dziwnego pobudzenia" będzie głośno przez dłuższy czas, zwłaszcza że podchwycili temat nawet tak życzliwi władzy pracownicy agit-propu, jak Monika Olejnik czy Tomasz Lis. Zapowiadało się, że straszny wpływ dwóch buteleczek wina (uwierzę w deklarowaną ilość, jeśli posłużyły tylko do popicia jakichś grzybków, względnie ich syntetycznego ekwiwalentu) zdominuje świeżo rozpoczętą kampanię wyborczą do europarlamentu, i że dobije dołującą Platformę definitywnie.

A tymczasem kampania spadła z agendy, a właściwie inaczej: kampanią stało się odgrywanie przez premiera Tuska roli Kaczyńskiego. Nagle polityka nieżyjącego prezydenta, przez tyle lat wyszydzana bezlitośnie, krytykowana za "pobrzękiwanie szabelką", za "skłócanie z narodem rosyjskim" i "potwierdzanie antypolskiego stereotypu rusofobów" stała się polityką jedynie słuszną.

A oddani Tuskowi funkcjonariusze agit-propu retorycznie stają na głowie i podskakują, aby udowodnić narodowi, że kiedy Tusk mobilizuje Europę i świat przeciwko Putinowi (który nagle, po latach posmoleńskiej miłości polskich salonów, okazał się bandytą), to powinniśmy być zachwyceni, natomiast w wykonaniu Kaczyńskiego było to i pozostaje anachroniczną, dziewiętnastowieczną rusofobią.

Wracając do posła Protasiewicza - śmieszne jest nie to, co właściwie zrobił i powiedział na frankfurckim lotnisku. Tak naprawdę śmieszna była dopiero konferencja prasowa, na której starał się pokazać, że jest "swój chłop", bo też szwabów nie lubi. Kolejny przykład, że kiedy platformers chce być uważany za porządnego człowieka, to instynktownie udaje pisowca.

Ja w jakimś sensie Protasiewicza rozumiem − to przedstawiciel mojego pokolenia, wychowanego na "czterech pancernych". Ja też praktycznie całą swą znajomość niemieckiego - "Hitler kaput", "hande hoch", "jawohl" i właśnie "raus" − zawdzięczam temu serialowi (tylko "ja, gut" i "weiter, weiter" przyszło parę lat później). Dopiero na przykładzie Protasiewicza widać, jak wielkie szkody peerelowska ramota wyrządza budowaniu naszej europejskiej świadomości. Wypadałoby przeprosić Bronisława Wildsteina za krytyki, jakich mu nie szczędzono, gdy wycofał "pancernych" z anteny TVP, może nawet nagrodzić jakimś europejskim dyplomem.

Pewnie nikt, poza bezpośrednio zainteresowanymi, nie zwróci też uwagi na wiadomości o oblężeniu poradni psychologicznych przez rodziców sześciolatków. Rodziców błagających o zaświadczenie, że ich pociecha jest opóźniona w rozwoju, albo że ma jakiekolwiek schorzenie z listy tych, które pozwalają wyreklamować je od wcześniejszego obowiązku szkolnego.

W niezwykle kiedyś popularnych zbiorkach żydowskich dowcipów poczesne miejsce zajmują te o kombinowaniu, jak tu uniknąć wojska. Pchana z oślim uporem "reforma" Hall/Szumilas/Kluzik-Rostkowskiej czyni je wszystkie niezwykle aktualnymi. "Moje dziecko nie może iść wcześniej do szkoły, bo ma chorą nogę! Pani Kowalczyk ze złamaną nogą zdobyła złoty medal. Ale ono ma dysleksję! Pan prezydent też pisze "bul" i co? Ale ono jest kompletnie meszugene! A pan premier to niby nie?".

Zupełnie nie a propos, nie byłoby też dobrze, gdyby umknęła uwagi błaha skądinąd, ale jakże symboliczna i pouczająca historia z zakopiańskiej skarbówki. Jak opisała jedna z gazet, w samochodzie, którym jechały dwie pracownice tamtejszej Izby Skarbowej, zakwestionowano 50 butelek pozbawionego akcyzowych banderolek alkoholu niewiadomego pochodzenia. Może nie byłoby to aż tak śmieszne, gdyby nie fakt, że wiozły one ten alkohol na integracyjną imprezę... pracowników skarbówki!

Rzecz zresztą miała miejsce ponad pół roku temu, ale, jak napisano, postępowanie przeciwko sprawczyni nie posunęło się ani o krok, bo od tego czasu wciąż jest ona na zwolnieniu lekarskim. Ani chybi wskutek zaburzeń wzroku, spowodowanych spożywaniem alkoholu z podejrzanych źródeł.
http://fakty.interia.pl/felietony/ziemk ... Id,1353621

Awatar użytkownika
NoName1989
Laureat Złotej Piłki
Laureat Złotej Piłki
Posty: 8575
Rejestracja: 28 lis 2006, 18:54
Reputacja: 1559
Kibicuję: WIDZEW
Lokalizacja: Łódź

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: NoName1989 » 20 mar 2014, 20:16


Awatar użytkownika
franz
Ki(L)gore Trout
Posty: 3855
Rejestracja: 15 paź 2006, 16:58
Reputacja: 100
Lokalizacja: Miasto Kanibali

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: franz » 03 kwie 2014, 12:06

Ciekawy, dobrze napisany artykuł z pisma które polecam :)
Przekleństwa cybergeneracji

Czy człowiek, który czyta mało, niewiele pamięta, a skojarzenia podsuwa mu wyszukiwarka, będzie w ogóle w stanie samodzielnie myśleć?

12 marca tego roku Internet skończył 25 lat. Czy zmienił nasze życie na lepsze? Cóż, jest lustrem, w którym przegląda się globalna cywilizacja. A jest to cywilizacja dziś demokratyczna tylko w warstwie deklaratywnej, w swej istocie osuwająca się zaś w mroki nowego oligarchizmu i masowej ignorancji.

Od erotyzmu to narcyzmu

Pierwsze polskie portale, takie jak Onet, Wirtualna Polska czy Interia, u swoich początków były jeszcze bliskie edytorskim i treściowym standardom dawnej prasy papierowej. Degradacja postępowała jednak w zastraszającym tempie, i to jeszcze szybciej niż w przypadku dużych portali zagranicznych. Szybko doszło do tego, że przebywając na amerykańskiej uczelni, bałem się sprawdzać swoją onetową pocztę, by nie być oskarżonym przez adminów uniwersyteckiej sieci o oglądanie pornografii. Roznegliżowane panie ilustrujące artykuły typu „Nietypowy orgazm u mojej dziewczyny” wyskakiwały bowiem od razu ze strony startowej.

Odejście od pogłębionych analiz oraz informacji politycznych na rzecz nowinkarstwa, zdrowia, kulinariów i seksu było dość typowe dla portali sieci w wersji 1.0. Bardzo przypominało to zresztą procesy, jakie w odniesieniu do telewizji już w latach 90. opisał Giovanni Sartori. Zdaniem włoskiego badacza, człowieka wyrosłego we współczesnej kulturze medialnej charakteryzuje spłycenie myślenia abstrakcyjnego; przejście od homo sapiens (człowieka myślącego) do homo videns (człowieka patrzącego). Ten ostatni to istota pozbawiona głębszej wyobraźni (którą kształtuje samotna lektura) i uzależniona od ciągłej stymulacji prostymi bodźcami wzrokowymi. Jest to też więc stworzenie o rozedrganych emocjach, stosunkowo łatwe do kontrolowania i podatne na polityczną manipulację.

Jak to ujmuje Sartori:

„Istotą kultury obrazu, powstałej dzięki prymatowi telewizji, jest najogólniej mówiąc to, że niesie ona przekazy »gorące«, przekazy rozgrzewające nasze emocje, rozpalające uczucia, podniecające zmysły, słowem: pełne namiętności […].

W stosownym miejscu roznamiętniać się nie jest źle, poza nim – nie jest, niestety, dobrze. Wiedza to logos (myśl), a nie pathos (uczucie). Do zarządzania polityczną wspólnotą potrzebny jest logos. W kulturze pisanej najczęściej nie dochodzi do takiego „rozgrzania”. Nawet jeśli słowo może rozpalać emocje (np. w radiu), to na pewno czyni to w mniejszym stopniu niż obraz. Kultura obrazu niszczy delikatną równowagę między namiętnością a racjonalnością. Racjonalność gatunku homo sapiens zdaje się zanikać. Polityka emocjonalna, emocjonująca, podgrzana przez telewizję wywołuje i podsyca problemy na rozwiązanie, w których nie ma żadnego pomysłu”.

Sartori napisał powyższe słowa 16 lat temu i miał na myśli głównie telewizję. Nadal są one jednak aktualne w przypadku całej gamy mediów elektronicznych. Telewizja zresztą wciąż pozostaje niebywale wpływowa. Dzięki licznym programom informacyjnym i publicystycznym jest bezkonkurencyjna, zwłaszcza jeśli chodzi o odziaływanie polityczne.

Przeciętny Polak spędza przed małym ekranem aż 3 godziny dziennie, Internet wypełnia mu zaś jedynie 1,5 godziny. Warto jednak podkreślić, że czas używania Internetu gwałtownie wzrasta w przypadku ludzi młodych. Przeciętny nastolatek spędza bowiem w sieci 2,5 godziny na dobę i mniej więcej tyle samo czasu poświęca na telewizję. Ludzie w wieku 60+ do Internetu nie zaglądają zaś prawie w ogóle, oglądają za to ponad 5 godzin telewizji dziennie.

Łatwo się więc domyślić, że po telewizji i dawnym Internecie 1.0 to właśnie współczesna sieć w wersji 2.0 będzie wyznaczać medialne trendy przyszłości. Cechą wyróżniającą Internet 2.0 jest zaś to, że opiera się on głównie na rozmaitych formach „user generated content” (treści generowanych przez użytkowników). Jego symbolami są zwłaszcza YouTube, Wikipedia, blogosfera oraz media społecznościowe.

Do opisanej przez Sartoriego obrazkowości, czyli onetowskich roznegliżowanych pań, dochodzi tu więc swoisty intelektualny odpowiednik autoerotyzmu, wsłuchania w dźwięk własnych opinii. Nie bez powodu Andrew Keen ochrzcił sieć 2.0 mianem „kultu amatora”. Dzięki Internetowi 2.0 ze świata człowieka demokratycznego zniknęły resztki znienawidzonego autorytetu, arystokratycznego arbitra elegantium. Amatorami w dziedzinie filmu, nauki, sztuki i zdrowia stali się wszyscy, specjalistą nie był nikt.

Można naturalnie powiedzieć, że sieć 2.0 obala jedynie fałszywe autorytety; mędrków i beztalencia, które wkradły się na uprzywilejowane pozycje dzięki sprytnym machinacjom, a nie wysokim kompetencjom. Prawda jest jednak taka, że ludzki umysł ze swoimi ograniczonymi możliwościami poznawczymi jest bezradny wobec czegoś, co już śp. Stanisław Lem ochrzcił mianem „bomby terabajtowej”.

W morzu danych nasz mózg nie może dokonać oceny poprzez zwykłe porównanie. Posługuje się więc coraz częściej „wujkiem Google” jako swoim jedynym autorytetem. Jak pisze Sartori: „Ilość i prędkość nie ma nic wspólnego z wolnością wyboru. Raczej odwrotnie, nieskończony, nieograniczony wybór to nieskończony, nieproporcjonalny do efektów wysiłek. Nierównowaga pomiędzy ofertą, jaką znajdziemy w sieci, i użytkownikiem, który miałby ją konsumować, jest ogromna, a nawet zabójcza. Ryzykujemy utonięcie w nadmiarze, przed czym próbujemy się bronić przez odrzucenie wszystkiego w całości, w efekcie tkwimy pomiędzy nadmiarem a nicością. Ten zmasowany atak prowadzi do atonii, umysłowego zwiotczenia […]”.

Miękki paternalizm

Telewizja i autorzy literatury popularnej wciąż jeszcze produkują tasiemce w stylu arcyzagmatwanej „Gry o tron”, robią to jednak głównie dla trzydziestolatków. Tymczasem, jak przekonuje coraz liczniejsza grupa specjalistów, mózgi ludzi znacząco młodszych niż sam Internet działają już na innych zasadach. Przede wszystkim brak im zdolności koncentracji, czytanie dłuższych tekstów odbierają niemal jako perwersję.

W skonstruowanej przez młode pokolenie kulturze zabraknie więc trudnych książek, skomplikowanych artykułów, a nawet rozbudowanych form wizualnych. Również zapamiętywanie i odtwarzanie informacji stanie się czynnością zbędną. Kluczowe będzie łączenie krótkich prostych treści w luźne sieciowe struktury. Czy jednak człowiek, który czyta mało, niewiele pamięta, a skojarzenia podsuwa mu wyszukiwarka, będzie w ogóle w stanie samodzielnie myśleć?

Przypomina to nieco sytuację, która zaistniała, gdy po upowszechnieniu się silników mechanicznych nagle okazało się, że coraz więcej ludzi ma „problemy z kondycją”, czyli nie trenuje odpowiednio swoich mięśni i równocześnie przeciąża kręgosłupy przez siedzący tryb życia. Prowadzi to naturalnie do chorób, zwyrodnień i ogólnie obniża jakość ludzkiego życia.

Obecnie nauczyliśmy się natomiast konstruować maszyny, które połączone w sieć w coraz większym stopniu za nas myślą, zapamiętują i wyszukują informacje. Powstają nawet pierwsze programy piszące teksty dziennikarskie na podstawie wyjściowych zbitek informacji. Działa tak np. Quill firmy Narrative Science. Pracuje się też nad aplikacjami, które dzięki potężnym dostępnym w sieci bankom metadanych będą pomagać autorom scenariuszy i literatury popularnej umieszczać w odpowiednich miejscach zwroty akcji, które przykują uwagę odbiorcy.

Jeśli więc Internet i software za nas myśli i zapamiętuje, to logicznym wnioskiem jest stwierdzenie, że problemem pokolenia Internetu, tzw. digital natives (native’ów digitalnych) stanie się brak odpowiedniego wytrenowania mózgów. Konsekwencje tej słabości mogą zaś być znacznie poważniejsze niż w przypadku źle wytrenowanych mięśni.

O demokracji, czyli o rządach ludu, możemy mówić tylko wtedy, kiedy mamy do czynienia z ludem wykształconym i oczytanym polityczne. W przeciwnym razie poglądy polityczne stają się li tylko produktem demagogii suflowanej przez kastę sprawnych oligarchów.

Dziś oligarchowie ci zaś będą mieli zadanie tym bardziej ułatwione, że dysponują niezwykle dokładną wiedzą na temat swoich poddanych – sami im ją przekazaliśmy. Nasza działalność w sieci jest bowiem w pełni przeźroczysta.

Uspokajając nastroje wrogów cyberinwigilacji, politycy i eksperci często twierdzą, że szpiegowanie w sensie ścisłym, czyli przyglądanie się konkretnym rozmowom czy mejlom danego Iksińskiego to zjawisko marginalne. Większość instytucji zbiera o nas jedynie metadane, zagregowane informacje na temat tego, co kupujemy, jakiej słuchamy muzyki itp., a to przecież niegroźne – przekonują.

Sądzę, że jest odwrotnie: to właśnie metadane, których kopalnią stały się media społecznościowe, są naprawdę groźne. Poufny mejl można wykorzystać do manipulowania jedną, dwiema czy trzema osobami. Metadane w odpowiednich rękach, po zebraniu w duże zbiory i profesjonalnym obrobieniu, zawierają zaś klucz do manipulowania całymi społecznościami.

Banki takich danych coraz częściej służą np. ekspertom w dziedzinie ekonomii behawioralnej wywodzącym się ze szkoły noblisty Daniela Kahnemana i słynnego ekonomisty Richarda Thalera. Specjaliści ci (pracują m.in. dla Davida Camerona i Baracka Obamy) używają metadanych do opracowywania propozycji kolejnych, jak sami to nazywają, „delikatnych popchnięć” (tzw.”nudge”).

Chodzi tu, z pozoru, o nieinwazyjne polityczne i marketingowe posunięcia, których właściwy cel nie jest zrazu widoczny dla wszystkich zainteresowanych. Thaler pisze wręcz otwarcie, że nowoczesną formą sprawowania władzy powinien być „miękki” lub „libertariański paternalizm”, czyli umiejętność wpływania na wybory dokonywane przez ludzi, „tak aby były one dla nich korzystne” nawet wtedy, kiedy oni danych wyborów dokonać nie chcą.

Ów „miękki paternalizm” lub też, jak by go określił Tocqueville, „miękki despotyzm”, będzie zaś miał zadanie tym łatwiejsze, że będzie pracował z ludźmi o dobrze już ugruntowanej mentalności stadnej. Nowoczesne technologie wymuszają bowiem nie tylko spłycenie refleksji, ale i niebywały wręcz konformizm. Jeśli bowiem żyjemy w epoce, w której, jak to ujął Mark Zuckerberg (szef Facebooka), prywatność „nie jest już społeczną normą” i wszyscy jesteśmy w pełni transparentni, to oznacza to tyle, że żyjemy w epoce bezprecedensowej autocenzury.

W sieci nie ma już poufnej komunikacji, zaś by normalnie egzystować, musimy się dziś za jej pomocą komunikować wszyscy. „Młodzi ludzie nie piszą już mejli” – zauważa Zuckerberg; wolą społecznościówki. Tymczasem nasze profile facebookowe przeglądają nie znajomi, ale i obecni oraz przyszli pracodawcy, partnerzy, rodzina. Lepiej więc uważać, lepiej mówić, pisać, wklejać i „lajkować” bezpieczne banały. Robić to, co inni.

Owszem, Facebook i Twitter napędzają czasami bunty i rewolty, lecz tylko tam, gdzie są one mediami stosunkowo młodymi. Nadają się też jedynie do promowania nagłych zrywów. Inaczej niż zaangażowana prasa drukowana nie sprzyjają budowaniu trwałych instytucji i stabilnego poparcia dla określonych programów politycznych.

Elity oligarchiczne i republikańskie

Poza subtelnymi popchnięciami nowi sieciowi feudałowie mogą zresztą oddziaływać na swoich „klientów” bardziej bezpośrednio. Drażniące wypowiedzi, jak choćby cytat z boksera, który dosadnie stwierdza na fanpage’u Frondy.pl, że nie lubi homoseksualistów, mogą doprowadzić do zamknięcia profilu przez facebookowych strażników moralności. Stado ludzkie ma więc wciąż pasterzy, nie ma już jednak wyraźnych przewodników.Autorytety, które w dawnych mediach mobilizowały ludzi do działania, są zastępowane przez administratorów i techników. Nad nimi sytuują się zaś potężni oligarchowie ze świata polityki, finansów i mediów.

Oligarcha podobnie jak republikański „arystokrata” jest często oczytany, inteligentny, zdolny i pracowity. Nie uważa jednak, że jest on cokolwiek dłużny ludziom, którzy mają od niego mniej szczęścia i talentu. Dlatego manipuluje swoimi poddanymi przy użyciu ich najniższych instynktów. Takim właśnie oligarchą jest słynny Mustafa Mond z „Nowego wspaniałego świata” Aldousa Huxleya, jest nim też prezydent Snow z cyklu „Igrzyska śmierci” Suzanne Collins (w ekranizacji w tej roli Donald Sutherland).

„Arystokrata” (w klasycznym tego słowa znaczeniu) lub też po prostu członek elity republikańskiej (służącej dobru wspólnoty) również chce władzy. Nie chce jednak władać półzwierzętami, które sam odpowiednio ogłupił i zdemoralizował. Chce natomiast – o ile to możliwe – pomóc ludziom, którzy mu dają władzę dalej się rozwijać.

Trudno dziś nie zauważyć, że tradycyjne media upadają, a treści płytkie wypierają treści głębokie nieuchronnie i pewnie już nieodwracalnie. Kultura właściwa znowu staje się z wolna coraz bardziej elitarna. Renomowane prywatne szkoły w USA i Azji coraz częściej wprost zakazują uczniom używania jakiejkolwiek elektroniki w pomieszczeniach innych niż specjalne pracownie. Ogłupiamy w końcu „my”, a nie „nas”.

Już wkrótce samo myślenie abstrakcyjne, zwłaszcza myślenie o społeczeństwie i polityce, może zamienić się w rodzaj rzadkiej sztuki. Można mieć tylko nadzieję, że bardziej republikańska część współczesnych elit mimo wszystko nie zamknie się do końca w kryształowym pałacu i będzie wciąż uprawiać swoisty mecenat. Na takich ludzi wciąż liczą media obywatelskie
http://www.nowakonfederacja.pl/przeklen ... generacji/

Awatar użytkownika
Rojiblanco
Laureat Złotej Piłki
Laureat Złotej Piłki
Posty: 11525
Rejestracja: 28 cze 2004, 15:17
Reputacja: 2275

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Rojiblanco » 03 kwie 2014, 14:06

Mam fajny wywiad, ale źródło nie takie jak trzeba, jednak warto wrzucić ze względu na osoby, z którymi był przeprowadzony. Akcja dzieje się w Iraku.

Fragment:
...Polscy żołnierze ze swoich stanowisk widzą całą okolicę.

Fox 1: - Zakładaliśmy, że nie zaatakują w ciągu dnia, bo ich zmiażdżymy ogniem. Problem w tym, że mieliśmy tylko jeden karabin maszynowy z noktowizorem, a oni to wiedzieli od swoich szpiegów. Na wypadek, gdybyśmy nie dawali rady, mieliśmy "plan B". Wszyscy uciekamy na dach, walimy do nich granatami i ewakuujemy się śmigłowcami. Jeśli przylecą.

- Jak to?

- Nasze śmigłowce nie były przystosowane do latania nocą...
http://wyborcza.pl/duzyformat/1,127291, ... .html?as=1

Awatar użytkownika
Kamil232
Laureat Złotej Piłki
Laureat Złotej Piłki
Posty: 8989
Rejestracja: 15 kwie 2005, 13:51
Reputacja: 262

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Kamil232 » 11 maja 2014, 23:19

Co prawda już dwa dni po. Ale koniecznie do poczytania.
Dzień Pabiedy! Dzień Pabiedy! Urraa!
Ziemkiewicz
Rafał Ziemkiewicz
Piątek, 9 maja (10:17)
A ja chciałbym w tym dniu powiedzieć głośno i wyraźnie: wszystko, co wiecie z mediów o II wojnie światowej, to wielkie kłamstwo. Bajka, którą sobie opowiada świat, ma niewiele wspólnego z prawdą - zarówno ta jej wersja, którą nadyma wielkoruski szowinizm propaganda Kremla, jak i ta, którą za swój mit założycielski przyjęły zachodnie demokracje.
Obie narracje zresztą są zbieżne. Wielka Wojna to w nich heroiczne, homeryckie starcie Dobra i Zła. Zło absolutne uosabiał zbrodniarz wszech czasów, Adolf Hitler, i jego naziści. Dobro Absolutne uosabiali alianci - zachodnie demokracje ze Stanami Zjednoczonymi na czele oraz sprzymierzony z nimi Związek Radziecki.
A ponieważ, jakkolwiek patrzeć, to front wschodni odegrał w pokonaniu III Rzeszy rolę decydującą, więc wychodzi na to, że świat ocalał dzięki Sowietom. I nawet jeśli na Zachodzie dodaje się półgębkiem, że w państwie Stalina też istniały pewne kłopoty z demokracją i prawami człowieka, to nie są one istotne wobec faktu, że to właśnie Rosjanie, ginąc milionami, ocalili świat przed apokaliptycznym potworem.
Każdą wątpliwość, każdy odruch sprzeciwu wobec imperialnych łajdactw komunizmu i Rosji współczesnej można dzięki temu skruszyć miażdżącym ciosem dialektycznego młota: ale to Rosja, cokolwiek by mówić, pokonała Hitlera!
To dlatego właśnie "surwiwalowcy" Putina prężą się przed nim na defiladach w Moskwie i Sewastopolu, i dlatego, cokolwiek by akurat Rosja nie wyrabiała, bez udziału jej przywódcy nie może sobie Zachód wyobrazić obchodów rocznicy lądowania w Normandii, choćby był nim nie tylko Putin, ale nawet ktoś pokroju cesarza Bokassy.
Ten mit jest jednym z największych nieszczęść, jakie się mogły zdarzyć Polsce. Bo nasze losy ni cholery do niego nie pasują i nijak nie da się wkomponować w istniejącą mitologię II wojny życzliwej dla Polski narracji historycznej.
Chcielibyśmy, żeby pamiętano, że to Polska pierwsza powiedziała Hitlerowi "nie", że mieliśmy państwo podziemne, najliczniejszą antyniemiecką partyzantkę (ponad 300 tysięcy żołnierzy AK - czymże była przy tym sławiona francuska "resistance"?!), za to nigdy nie stworzyliśmy, w przeciwieństwie do Francuzów czy Skandynawów, żadnego kolaboracyjnego rządu, żadnego legionu ochotniczego u boku SS, złamaliśmy kod Enigmy, obroniliśmy Tobruk, zdobyliśmy Narwik i Monte Cassino, biliśmy rekordy zestrzeleń w Bitwie o Anglię, i...
I g... to kogokolwiek na szerokim świecie obchodzi. Wystarczy proste pytanie: Polacy brali udział w defiladzie zwycięstwa w 1945 w Londynie? Nie. Byli nawet Maorysi, Irańczycy, Syryjczycy. A Polaków nie było. Nie załapali się na zwycięstwo.
Potraktowano nas dokładnie tak samo, jak wszystkie inne kraje regionu, choć tamte były po stronie Hitlera, a my wykrwawiliśmy się śmiertelnie stawiając mu opór (proporcjonalnie do posiadanych zasobów nikt w tej wojnie większych strat nie poniósł). Nie tak samo - gorzej, bo aż takich zbrodni i represji sowieckich, jak w Polsce, w innych krajach nie było.
A skoro tak, to w imię wyznawanej narracji świat musi historię "poprawić" i udowodnić, że Polska na swój los zasłużyła. Dlatego lansuje się fałszerzy historii pokroju Grossa, dlatego kręci się parszywe filmy o brudnych antysemitach z AK, dlatego pisze się i mówi w zachodnich mediach "polskie obozy zagłady" - i mówił tak najbezczelniej nawet prezydent USA, i to jeszcze przemawiając ku czci... Jana Karskiego. A obecny tam "przedstawiciel Polski" nawet nie uznał za stosowne sprostować.
Gdyby prezydent... bodaj tam, gdyby najniższej rangi amerykański urzędniczyna w czymś uchybił czci ofiar holocaustu albo nazwał Afroamerykanina Murzynem, skandal byłby niewiarygodny i międzynarodowy - ale Polakom można pluć w gębę do woli, żadnej godności nie mają. Przynajmniej ci tworzący tak zwane "elity".
II wojna światowa nie była starciem Dobra ze Złem. Była starciem dwóch wielkich gangsterów, którzy, pierwotnie w sojuszu, zamierzali podbić cały świat. Tyle że ten większy, straszniejszy, który tę wojnę zaplanował, przygotował i zrobił wszystko, by ją rękami mniejszego wywołać - nie zamierzał się dzielić.
Stalina nie satysfakcjonował podział zaproponowany przez Hitlera: ja biorę Europę, ty weź sobie angielskie imperium kolonialne i resztówki innych. Stalin chciał wszystkiego i przyszykował sojusznikowi zdradziecki cios w plecy, a gdy ten go zdołał uprzedzić, zaoferował odkupienie niemieckich akcji przedsiębiorstwa Ribbentrop-Mołotow zachodnim demokracjom, z USA na czele. I te - kupiły. My byliśmy częścią zapłaconej ceny.
Gdyby wierzyć amerykańskim filmom, to USA walczyły w obronie mordowanych Żydów. Ale to absolutny fałsz. Holocaust mieli zachodni alianci głęboko, nie tylko w czasie wojny - o czym wiele mówią wspomnienia Jana Karskiego czy tragiczny los Szmula Zygielbojma - ale i kilkadziesiąt lat po niej. Dopiero jak się okazało, że można na nim zarobić, stał się obowiązkowym tematem amerykańskiej pamięci historycznej i Hollywoodu.
USA weszły do wojny po to, by dokonać nowego podziału świata - jak to specjalny wysłannik Roosevelta wyjaśniał Stalinowi jeszcze przed Teheranem: skończyły się czasy starych imperiów kolonialnych, przyszły czasy nowe, podzielmy świat między Rosję i Amerykę, między komunizm i demokrację - do diabła nie tylko z Polską czy innymi małymi państewkami, ale i ze zmurszałą Wielką Brytanią.
Nie żeby tej ostatniej warto było żałować - to ona pierwsza przecież dała Hitlerowi zielone światło do zbrojeń, ona go hodowała i rozzuchwalała kolejnymi ustępstwami, i ona w końcu cynicznie popchnęła jego ekspansję na Wschód, skusiwszy głupich Polaków fałszywymi "gwarancjami", których ani przez moment nie zamierzała dotrzymywać.
Wielki gangster Stalin wygrał z mniejszym, Hitlerem, dzięki pomocy jeszcze mniejszych - Roosevelta i Churchilla. W zrestrukturyzowane przedsiębiorstwo "Ribbentrop-Mołotow", przemianowane po zmianach własnościowych na "Wielka Trójka", udziałowcy włożyli to, co który miał - Stalin życie milionów niewolników, Roosevelt miliony dolarów, ton broni, amunicji i zaopatrzenia dla Armii Czerwonej, a Churchill - między innymi sojuszniczą Polskę razem z całą jej ludnością i zasobami.
I się opłaciło, zapanowali nad światem i stworzyli jego Nowy Porządek - nam, niestety, oferujący jedynie miejsce wydymanych i eksterminowanych. Potem szybko się ich drogi rozeszły i zaczął się konflikt, ale tak to już w biznesie jest.
Jest psim obowiązkiem każdego Polaka psuć te załgane obchody Dnia Pabiedy czy D-Day, kłaść się Reytanem i głośno krzyczeć: to wszystko g... prawda!!! Nie byliście lepsi od Hitlera! Nie zasługujecie na chwałę ani obchody!
A tymczasem - mało mnie szlag nie trafił - na polskich ulicach, przynajmniej w Warszawie, wywieszono wczoraj rocznicowe flagi.
Co, do ciężkiej cholery, my mamy niby do uczczenia w tym dniu? Że zostaliśmy wykorzystani, zdradzeni i straciliśmy wszystko?!
Trzeba być skończonym kretynem, by będąc Polakiem czcić rocznicę triumfu przedsiębiorstwa Wielka Trójka (dawniej Ribbentrop-Mołotow) i dekorować na nią ulicę narodowymi flagami.
Niestety, tacy właśnie tworzą w Polsce tzw. elity.


Czytaj więcej na http://fakty.interia.pl/felietony/ziemk ... ign=chrome

Awatar użytkownika
franz
Ki(L)gore Trout
Posty: 3855
Rejestracja: 15 paź 2006, 16:58
Reputacja: 100
Lokalizacja: Miasto Kanibali

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: franz » 17 maja 2014, 17:30

Wałem i Parówą



Kiedy dziennikarze III RP zbierają się na jakieś kolegium czy planowanie, to pytanie, które zawisa nad nimi, brzmi: o czym dzisiaj nie wspominać? A jest z czego wybierać.

Znany „skruszony” mafioso opowiada „Gazecie Polskiej” o związkach „Pruszkowa” z dworem Wałęsy i z KLD. Dziwnie się to rymuje z przypominanymi przy okazji zeznaniami gangstera „Brody”, którymi prokuratura nigdy się nie miała odwagi zająć, a gdzie wprost mowa o konkretnych politykach PO. Zero cytowań, komentarzy, dyskusji. Pracownicy agit-propu mogą się pospierać, czy godzi się ujawniać finansowe sprawki Kwaśniewskiego, co i tak dowodzi niezwykłych napięć w prorządowym towarzystwie – ale takich spraw absolutnie nie są ciekawi. Konszachty mafii z politykami? A czy ci politycy są z PiS? Nie? No to nuda, kogo to obchodzi…

Najwyższa Izba Kontroli przedstawiła kolejne raporty pokazujące, jak się naprawdę mają sprawy w państwie „największego historycznego sukcesu w dziejach”: jeden o zabezpieczeniu przeciwpowodziowym, a raczej jego braku, drugi zaś o opiece lekarskiej, a raczej jej braku, w weekendy i po godzinie 18.00. Pierwszy koresponduje z główną linią rządowej propagandy, a drugi z manifestacją lekarzy z OZZL oraz dochodzeniem w sprawie pacjenta, który w Łodzi zmarł na szpitalnym stole, bo mu przed operacją nie zrobiono tomografii, a nie zrobiono, bo dostał ataku w sobotę, kiedy tomograf nie pracuje – ale jakoś na kolegiach i planowaniach te kuszące wątki się ze sobą nie pokleiły.

Gdzieś zniknęło fiasko dyplomatycznej ofensywy Donalda Tuska, który fotkami z różnych stolic usiłował nas przekonać, że załatwia jakąś „solidarność energetyczną” w Europie, a Niemcy nie czekając na stanowiące metę tych zabiegów eurowybory pokazali mu – i nam wszystkim – powiedzmy, coś przeciwpowodziowego. Przemilczane zostało głupactwo kancelarii prezydenta (jaki pan, taki kram), która wrzuciła do sieci szczegółowe plany prezydenckich rezydencji na okoliczność przetargu na jakieś tam drobne prace – rok czy dwa lata temu mieliśmy podobny skandal z „tajną” bazą GROM-u, zapewniano, że oczywiście, głupie przepisy zostaną zmienione, no i co? No i jajco. Kompletnym milczeniem zbyto wypowiedź Andrzeja Olechowskiego potwierdzającą to, co o finansowaniu ekipy Tuska z Niemiec napisał był Piskorski – choć regularnie ważnym „niusem” dla prorządowych portali jest, co fartnął na swym blogu jakiś Palikot, albo jakim antypisowskim konceptem błysnął Tym czy Paradowska.

Już nie mówię o tak śmiałych i wyrafinowanych pomysłach, jak żeby ktoś na przykład zestawił mapę kilku ostatnich wizyt Tuska, od kanonizacji, Wadowic i muzeum Jana Pawła II po Kongres Kobiet i towarzyszące mu sabaty LGTBQ, wraz z wyborem składanych tu i tam deklaracji.
Żeby już nie dłużyć – co w zamian? Trzy kolejne dni (a może i czwarty, bo już nie dosłuchałem) głównym tematem rozmów u Moniki Olejnik był austriacki transwestyta, znany jako „Konczita Parówa”. Panem Parówą zajmowały się też intensywnie wszystkie inne media, konstatując nasze zacofanie. No dobra, teraz już wiemy, żeby następnym razem zamiast tancerek z cyckami wysłać na Eurowizję panią Bosacką, która w swych programach regularnie sobie przykleja wąsy. No i co? Temat na jakieś pięć minut.

Znachor na Podkarpaciu – kolejny wielki temat, można rzec, druga „matka Madzi”. Jeśli już szukać tematów lokalnych, to ja bym raczej proponował świeżą historyjkę z Legionowa, o pani nauczycielce, która po lekcjach regularnie zapraszała uczennicę, upijała ją, upalała marihuaną z domowej uprawy i wykorzystywała seksualnie. Aż dziwne, że salony nie odnotowały jeszcze tego dowodu, iż znowu aż tak bardzo jak twierdzi pan Pacewicz zacofani nie jesteśmy – i nie rozpoczęły akcji w obronie nowej ikony postępu przed ciemnogrodzką, homofobiczną i narkofobiczną prokuraturą, która śmie jej stawiać jakieś zarzuty.

No i oczywiście – powódź, powódź, powódź. Nieważne, że jej nie ma. Powódź jest wtedy, gdy premier wyrusza walczyć z opadami, a nie wtedy, gdy wody przerywają wały, bo mają przecież to do siebie, że wzbierają, a potem spływają do morza. Obejrzałem wczoraj program TVN24 po godzinie 15-tej i naprawdę byłem pod wrażeniem reporterów lajfujących z zagubionych w głuszy miejscowości, z których jeden opowiadał, że wczoraj pod tym tutaj mostem woda była znacznie wyżej, prawie sięgała samego mostu, i ho, ho, ciężko było, a drugi, że w okolicy wezbranej rzeczki Bajerki (albo jakoś tak) woda podtopiła piwnice aż w siedmiu gospodarstwach, a w ósmym stoi w ogrodzie. Szczególnie dialog ze strażakami, prezentującymi swój agregat do wypompowywania wody sprawiał wrażenie żywcem z Laskowika i Smolenia w ich najlepszych czasach.

Pomyśleć, że u mnie na wsi woda w piwnicy stała przez półtora roku, i nie przyszło mi do głowy zaprosić premiera z tefałenami… No, do mnie by nie przyszli, ale gdyby to któryś z sąsiadów...

No i, właśnie – On. Pan premier, broniący wałów nie przed powodzią, skoro powódź dopiero ma być – w końcu jak już TVN zrelacjonował szczegółowo wszystkie krajowe podtopienia, to zaczął się podpierać zdjęciami z Serbii – tylko przed „szpiegiem z krainy deszczowców”. Do urzygu. I żeby chociaż Boni wyskoczył z krzaków… (Swoją drogą, krzaki krzakami, ale żeby politykowi, którego życiorys plami bycie tzw. kablem wymyślić hasło „łączę ludzi” – to trzeba naprawdę geniusza!)

Ileż się, Boże mój, muszą ci ludzie nakręcić głowami, żeby ominąć wzrokiem to wszystko, co się w oczy ciśnie, i wypatrzyć jakieś bzdety, by się po całych dniach zajmować właśnie nimi. Naprawdę, ciężka praca.

Awatar użytkownika
franz
Ki(L)gore Trout
Posty: 3855
Rejestracja: 15 paź 2006, 16:58
Reputacja: 100
Lokalizacja: Miasto Kanibali

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: franz » 30 maja 2014, 18:59

Noc leśnych dziadków

Trudno mieć zaufanie do państwa, jeśli nie można wierzyć w rzetelność wyborów, które wyłaniają jego władzę. A ta wiara jest - sądzę, że nie tylko we mnie - z każdymi kolejnymi wyborami coraz słabsza.

Fatalna ordynacja, która redukuje prawa wyborcy do udziału w plebiscycie, w którym głosować może tylko na partyjne szyldy, a o tym, kto ostatecznie zostanie jego głosem wybrany, decydują prezesi - to już wystarczający powód, by takie wybory lekceważyć i powiększać absencję. Tym bardziej źle, gdy podejrzany jej sam system oddawania i liczenia głosów oraz gremia, które się tym zajmują.

W eurowyborach Niemcom podliczenie około 40 milionów głosów zajęło 6 godzin. Oficjalne wyniki znali już niedługo po północy, podobnie obywatele innych państw zachodnich. Nawet Ukraińcy, którzy nie są uważani za kraj cywilizacyjnie przodujący, a na dodatek mają u siebie prawdziwą wojnę domową z setkami zabitych i chaosem na sporym obszarze kraju, zdołali podać wyniki swoich wyborów prezydenckich, przypadkiem wypadających tego samego dnia, już po kilkunastu godzinach.

A 7 milionów polskich głosów nasze leśne dziadki z PKW liczyły, liczyły, liczyły... Ponad dobę!

Czyż samo w sobie nie jest to kompromitacją? I dowodem na to, jak żałosne są te głoszone w prorządowych mediach z wymuszonym entuzjazmem zachwyty, jaki to awans cywilizacyjny, jacy jesteśmy ważni, jak fajnie jest i europejsko?

Oczywiście, skoro PiS zupełnie otwarcie nie wierzy w uczciwość wyborów i domaga się ich kontrolowania, to prorządowe salony czują się w obowiązku bronić oczywistego dziadostwa do upadłego. Nawet gdy znienawidzony PiS przedstawi film, na którym czarno na białym widać, jak pracuje obwodowa komisja. Nawet kiedy sama PKW przyznać musi, że to, co na nim widać, to skandal i przestępstwo wyborcze, autorytety będą chóralnie gęgać, że to tylko "dowody", że Polacy nic się nie stało, a jeśli nawet się stało, to żadnego wpływu nie miało.

Wiadomo, że jak Macierewicz powie, że Ziemia krąży wokół Słońca, to każdy głupek z pretensjami do bycia "fajnym" wydmie wargi i z pogardą oznajmi, że jest odwrotnie, i dla ludzi "na pewnym poziomie" jest to oczywiste.

Tyle że wyspa ludzi "na pewnym poziomie" (we własnym przekonaniu) stale się kurczy, a jej wydymanie warg i lekceważące "no przecież" dla coraz większej liczby Polaków są nieprzekonującą, a nawet przeciwnie - są dowodem, że skoro "elity" tak mówią, to jest to taka sama, nazwijmy to delikatnie, "tischnerowska" prawda, jak to, że młody Wałęsa regularnie wygrywał w totolotka, albo że polscy zbrodniczy "sąsiedzi" z Jedwabnego pozostawili po sobie stosy karabinowych łusek.

Nie wiem, czy wybory zostały sfałszowane, ale że jest to technicznie możliwe i łatwe - nie mam wątpliwości. Ponad 280 tysięcy głosów, czyli ponad 4 procent wszystkich, jakie oddano, uznano za nieważne. Czy naprawdę ponad ćwierć miliona Polaków jest tak głupia, że nie umie postawić krzyżyka we właściwej kratce? I jak to się dzieje, że odsetek głosów nieważnych wzrósł - z wyborów na wybory - wraz ze spadkiem frekwencji, choć spadek ten oznacza, że poszły tylko "żelazne" elektoraty? Ci, którzy wiedzieli, na kogo chcą zagłosować, i byli w tym zdeterminowani chyba właśnie powinni nieważnych głosów oddać mniej, prawda?

PO, po długim, długim liczeniu wygrała dwudziestoma tysiącami głosów. Tych dwadzieścia tysięcy uratowało jej prestiż. A to mniej niż 10 procent kartek uznanych przez komisje wyborcze za nieważne.

Do tego trzeba dodać coraz liczniejsze, składane pod imieniem i nazwiskiem oświadczenia w rodzaju: osobiście zagłosowałem na kandydata X, wiem na pewno, że zrobiło to ileś tam innych bliskich mi osób, a w wywieszonym przez komisję protokole napisano, że padło na niego 0 głosów.

Do tego trzeba dodać, że te komisje wyborcze, które liczą nasze głosy, to często jeszcze ci sami ludzie, co zliczali głosy na Front Jedności Narodu i czuwali nad "referendum" Jaruzelskiego. Histerycznie nienawidzący prawicy i panicznie się bojący jej wyborczego zwycięstwa. A jeśli nawet nowi, młodsi, i nie tak oddani władzy, to ta sama, niezmieniona pozostaje struktura - i tajemnicze szkolenia PKW w Moskwie, same w sobie będące powodem, by do reszty stracić zaufanie do wyborów, raczej jej nie zmieniły na lepszą ani bardziej wiarygodną.

Salony, które dzisiaj zanoszą się oburzeniem, jak można uczciwość wyborów kwestionować, same nic innego nie robiły w roku 2007, gdy panowało przekonanie, że PiS gładko uzyska większość i dokończy budowy znienawidzonej przez nie IV Rzeczpospolitej - proszę zerknąć sobie w ówczesne wydania "Gazety Wyborczej" czy "Polityki", porównać, co mówili dzisiejsi prominenci władzy, teraz zanoszący się oburzeniem na "podważanie zaufania do instytucji państwa".

Przy tej skali histerycznej nienawiści do Kaczyńskiego i strachu przed zmianą władzy nie mam wątpliwości, że jeśli wybory wypadną nie po myśli elit, nie będą one miały najmniejszych skrupułów, by podważyć ich legalność. A dopóki głosy liczone są przez leśnych dziadków - jest to naprawdę szalenie łatwe.

Być może wybory do Parlamentu Europejskiego to ostatni dzwonek, żeby cofnąć Polskę ze ścieżki prowadzącej do głębokiego kryzysu. Od tych wyborów niewiele zależało - tylko to, kto się dorwie do kasy, do której tak czy owak się ktoś dorwie. Ale w następnych wyborach walka politycznych plemion będzie się toczyć o sprawy zasadnicze.

Nie wydaje mi się, żeby było tu coś do wymyślenia, czego świat nie wymyślił już dawno. Kupmy te maszyny, na których liczą głosy na Zachodzie, zmieńmy system na wzór tamtejszego, zaostrzymy kontrolę nad liczeniem, no i zrezygnujmy z tej kompromitującej i budzącej zrozumiało podejrzliwość putinowskiej informatyki na rzecz czegoś, czemu bardziej można ufać...

Nie wiem zresztą, nie znam się na szczegółach, ale coś trzeba z tym zrobić, żeby na przyszłość Polacy mogli w wyniki wyborów wierzyć! Bo, mam wrażenie, znowu powtarza się historia z samolotami dla VIP-ów, na które przez dwadzieścia lat skąpiła Rzeczpospolita pieniędzy, aż w końcu doszło do tragedii.

To, że po ćwierć wieku Państwowa Komisja Wyborcza wygląda i działa jak za towarzysza Ćwieczka, to kuriozum i skandal. I czasu, żeby to naprawić, jest niewiele. Bo znowu się potwierdzą słowa klasyka, że Polak "i przed szkodą, i po szkodzie głupi".

Awatar użytkownika
Boromir
Shadow stalker
Posty: 26867
Rejestracja: 30 gru 2006, 14:31
Reputacja: 6707

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Boromir » 07 cze 2014, 14:55

USA będąc emitentem waluty rezerwowej przez lata mogła bez większych problemów finansować nadmierne wydatki drukiem waluty. Ostatecznie zawsze znajdowali się nabywcy na UST zwłaszcza, że dolary były niezbędne przy zakupie surowców energetycznych. W ostatnim jednak czasie, zwłaszcza po zaostrzeniu kryzysu na Ukrainie oraz zachodnim sankcjom Rosja otwarcie rzuciła wyzwanie dolarowi. Nie chodzi wyłącznie o umowę dostaw gazu, o której głośno dyskutuje się w mediach lecz o wiele czynników zmierzających do podkopania wiary w dolara.


1. Wyprzedaż obligacji amerykańskich.

W obawie przed zablokowaniem obligacji USA posiadanych przez Rosję, a trzymanych na rachunku w FED obligacje te zostały w pierwszej kolejności przeniesione poza zasięg Wuja Sama. Już sam transfer bardzo zaniepokoił rynki finansowe. W marcu Rosja zdecydowała się sprzedać obligacje USA warte ponad 26 mld USD. W ciągu zaledwie jednego miesiąca Kreml wyzbył się 20% wszystkich obligacji USA dając rynkom wyraźny sygnał, żarty się kończą.

2. Sondowanie odbiorców ropy i gazu.

Kilka dni temu Aleksander Dyukov prezes Gazprom Neft, spółki luźno powiązanej z Gazpromem zapewnił, iż jest po konsultacjach z odbiorcami ropy z Azji w sprawie przejścia z rozliczeń dolarowych na Euro. Wg podanych informacji ponad 90% klientów nie widzi większych problemów poza tym kto poniesie koszty ewentualnych przewalutowań.

Skala umów nie jest porażająca bo dotyczy raptem 30 tys. baryłek dziennie lecz w całej sprawie chodzi nie tyle o ilość lecz o ustanowienie precedensu i wykorzystanie go po kilku miesiącach w rozmowach z odbiorcami ze strefy Euro.


3. Barter Rosja - Iran

Przed dwoma miesiącami Rosja podpisała z Iranem umowę inicjując barterową wymianę szacowaną na 20 mld USD. Iran częściowo ograniczony sankcjami USA zdecydował się przekazywać Rosji do 500.000 baryłek ropy dziennie. Jest to poważna ilość. Rosja mimo, że jest największym producentem ropy będzie odbierać ropę od Iranu w zamian przekazując żywność, towary przemysłowe oraz broń (czego obie strony się wypierają).

W całej sprawie kolejnymi sankcjami odgraża się Jacob Lew - Sekretarz Skarbu USA lecz nie chodzi absolutnie o broń lecz o rozliczenie barterem zamiast transakcji dolarowych.

4. Umowa VTB – Bank Chin

Podczas pierwszego dnia wizyty Putina w Pekinie podpisano kolejną umowę pomiędzy drugim największym rosyjskim bankiem VTB a Bankiem Chin odnośnie pośrednictwa w rozliczeniach handlowych między krajami. Umowa zdecydowanie ułatwi realizowanie należności handlowych z wykorzystaniem rubla i juana w miejsce dolara. Dla przypomnienia roczna wartość wymiany handlowej między Rosją i Chinami to 100 mld USD. Rozmawiamy tu zatem o poważnym zmniejszeniu zapotrzebowania na dolary.

5. Rosyjski gaz dla Chin

Gazprom straszony alternatywą dla Europy w postaci gazu łupkowego z USA, co jest moim zdaniem kiepskim żartem, ostatecznie podpisał umowę z Chinami negocjowaną od blisko 10 lat. Począwszy od roku 2018 rosyjski gaz popłynie nowym gazociągiem w ilości ok 38 mld m2. Wbrew szumowi w mediach, nie jest to spektakularna ilość, zwłaszcza że roczne zapotrzebowanie na gaz w Chinach wyniesie w 2018 roku około 400 mld m2 czyli ponad 10 razy tyle.

Sama wartość gazu czyli około 20 mld rocznie także nie jest powalająca. Mimo iż w umowie nie ma jasnych zapisów stwierdzających, że gaz będzie rozliczany w rublach i juanach, moim zdaniem jest to pewne, zwłaszcza że nim popłynie pierwszy transport gazu minie jeszcze ponad 3,5 roku.


6. Double Eagle Project

Na początku kwietnia Prezydent Putin nakazał natychmiastowe wdrożenie projektu Double Eagle. Docelowo ma on doprowadzić do sprzedaży surowców energetycznych za złoto. Oficjalnym celem jest zapewnienie alternatywy dla rozliczeń w papierowych walutach nie tylko dla Rosji lecz dla całej grupy BRICS.

W pierwszej fazie Bank Rosji ma wyemitować 5 monet o różnej zawartości złota i wprowadzić je do obiegu. Co ważniejsze, projekt zakłada stworzenie całkowicie nowego sytemu płatności pozwalającego uniezależnić się od systemu SWIFT. Jest to zdecydowana odpowiedź na niedawne zablokowanie przelewów Ambasady Rosyjskiej w Kazachstanie przez operatorów JPM.

Po raz kolejny zachód swoimi działaniami strzelił sobie w kolano. Trzy lata temu odcięto Iran od systemu SWIFT co zaowocowało przejściem na rozliczenia w złocie z Turcją w roli pośrednika. Obecnie, odpowiedź na działania kartelu może być dużo bardziej dotkliwa dla USA.

Nowy system transakcyjny ma być oparty całkowicie na złocie, którego Rosja jest drugim największym producentem. Poza oficjalnymi rezerwami złota projekt Double Eagle ma być wsparty produkcją z nowo uruchamianego projektu Natalka zarządzanego przez Polyus Gold. Natalka jest jednym z większych depozytów złota na świecie szanowanych na 31 mln oz (proven, probable) oraz 59 mln oz (measured, indicated, inferred).


7. Koniec kredytów w walutach obcych

Kilka tygodni temu prezydent Putin nakazał władzom Sberbanku, największego banku w Europie Środkowo – Wschodniej wstrzymanie się z pożyczkami denominowanymi w walutach obcych co ma doprowadzić do zwiększenia popularności rubla i uczynić gospodarkę rosyjską mniej wrażliwą na ataki finansowe. Wyeliminowanie kredytów dolarowych w sytuacji zerowych stóp procentowych dla USD przełoży się zapewne na zmniejszenie zapotrzebowania na dolary w rosyjskim systemie bankowym.

8. Oś Chiny – Rosja – Niemcy

W sytuacji, w której USA coraz bardziej naciska na Europę aby ta prowadziła agresywną politykę w stosunku do Rosji efekt staje się odwrotny od założonego. Francja nie ma zamiaru rezygnować z kontraktów militarnych gdyż poza utraconymi korzyściami musiałaby się liczyć z ogromnymi odszkodowaniami. Niemcy będąc ogromnym partnerem handlowym Rosji także nie zamierzają stawiać celów politycznych USA ponad biznesem.

Swoją polityką USA faktycznie zbliża gospodarczo i politycznie Chiny, Rosję oraz Niemcy. Zwróćmy uwagę, że Chiny są największym globalnym eksporterem oraz drugą gospodarką świata (nr 1 jeżeli ująć szarą strefę). Niemcy zdominowały politykę europejską oraz stanowią czwartą potęgę gospodarczą. Rosja natomiast mimo, że gospodarczo jest dużo słabsza od pozostałych dwóch partnerów to jest największych globalnym eksporterem surowców energetycznych jak i mineralnych.

Moim zdaniem w ciągu maksymalnie 2 lat usłyszymy o uformowaniu bloku handlowego pomiędzy trzema krajami czego efektem będzie całkowita marginalizacja USD. Jeżeli część krajów azjatyckich, jak zapowiadał prezes Gazprom Neft’u, zgodzi się na płatności za gaz w Euro to kolejnym celem będą Niemcy. Z punktu widzenia Niemiec płatności w Euro to niższe koszty transakcyjne. Poza tym Rosja najprawdopodobniej zaproponuje pewien dodatkowy rabat za zmianę formy rozliczeń.


Podsumowanie

Ostatnie wydarzenia wyraźnie pokazują, że Rosja zdecydowanie przoduje w pozbawieniu dolara funkcji transakcyjno – rezerwowej. Jako największy na świecie eksporter surowców niewątpliwie ma wiele asów w rękawie.

Pytanie, ile jeszcze wytrzyma dolar? Po zakupach obligacji amerykańskich przez Belgię za pożyczone środki z FED widać, że elita finansowa bardzo obawia się o kondycję dolara. Co więcej, nie tylko Rosja wyzbywa się obligacji USA lecz jest to ogólnoświatowy trend i co najdziwniejsze obecny także w Europie ale o tym w kolejnym artykule.
http://independenttrader.pl/229,rosyjsk ... arowy.html

Awatar użytkownika
League
Legenda Futbolu
Legenda Futbolu
Posty: 19761
Rejestracja: 24 lut 2011, 20:02
Reputacja: 2464

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: League » 07 cze 2014, 18:37

tutaj też o tym trochę mówią.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Kultura, polityka, wydarzenia”