Przecież napisałem, że zawężam. To oczywiste, że Asad jest tutaj naszym wrogiem, ale nie ma jak oprzeć ataku na niego publicznie. Na Daesz jest i taką wersję przedstawiłem.Cement pisze: Architektami wybuchu wojny domowej w Syrii byli sojusznicy USA, zwłaszcza Arabia Saudyjska - możliwość powstania szyickiego półksiężyca Iran-Syria-Irak była dla sunnickich Saudów poważnym zagrożeniem ich interesów ekonomicznych i geopolitycznych. Można też z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że CIA przynajmniej wiedziało, jeśli nie wspomagało aktywnie działań zmierzających do wywołania konfliktu. Tak że od początku Twój scenariusz przyjmuje błędne założenia.
Absolutnie nie. Dlaczego walka z terroryzmem miałaby być powodem do współpracy z Rosją? Nie ma takiej konieczności, bo Daesz nie jest na tyle potężne militarnie by nam zagrozić. Asada należało de facto obalić, ale bez realnego powodu, byłoby to tym samym co obalenie Husajna - ogólnie rzecz słuszna, ale fatalnie przeprowadzona w kontekście teoretycznym/prawnym.Cement pisze: Gdyby USA i Zachodowi faktycznie zależało na walce z terroryzmem, najrozsądniejszym wyjściem byłoby od początku dogadać się z Rosją i wspólnie wspomóc prezydenta Assada w walce z Państwem Islamskim i rebeliantami (którzy też w dużej mierze są terrorystami). Ale oczywiście to było niemożliwe, bo zarówno rebelianci, jak i ISIS byli i są wspierani przez amerykańskich sojuszników (zwłaszcza Arabię Saudyjską).
Bo dziś, to już jesteśmy po złamaniu wszelkich rozmów między Kurdami a Turcją, które miały miejsce na początku konfliktu. Używasz znajomości dzisiejszych faktów, do określenie celowości działań poprzedzających te fakty.Cement pisze: FSA, w dużej mierze złożona z terrorystów i współpracująca z Al-Nusrą (czyli lokalną filią Al-Kaidy) ma zupełnie odmienne cele niż Kurdowie - nie wiem jak to sobie wyobrażasz. Trzeba było od początku wesprzeć Assada i Kurdów (jedni i drudzy walczą i z ISIS, i rebeliantami), przy okazji będąc mediatorem między nimi, co zaowocowałoby utrzymaniem świeckiego (a więc bezpiecznego) dyktatora u władzy i autonomią, a może nawet własnym państwem dla Kurdów. To byłoby możliwe, co widzimy dziś - SAA i SDF porozumiały się i wspólnie powstrzymały wspieraną przez Turków ofensywę rebeliantów na Manbij.
FSA miałaby wybór. Jeśli nie zrobiłaby tego co byłoby od niej żądane, to nie zostałaby włączona w ofensywę i zostałaby przy swojej wojnie z Asadem. Bez naszego finansowania, broni itd.
Poza tym mieszasz. FSA to ani nie jest Nusra/Jabhat al Sham/Tahrir Al Sham ani nie jest Ahrar Al Sham. Są grupy wewnątrz tych 3 bytów, które przechodzą od jednych do drugich, ale ogólne kłótnie małych grup nie mają tu znaczenia. FSA już kiedyś odcinała się od Nusry i tutaj miałaby wybór. O to tu chodzi - nie zgadzają się? To nie, razem z Kurdami załatwimy sprawę. Błędnie uważasz, że FSA by odpuściła możliwość współrządzenia krajem, za olanie islamistów.
Ale Rosja ma. Asad też. Na tym polega cały trik - Asad nie daje sobie rady, a nie jest nam przyjazny? To zapłaci za to inaczej. Chyba jasno zasugerowałem w poprzednim poście, że de facto wejście Zachodu do Syrii w konsekwencji oznaczałoby upadek Asada...
Bzdura - po prostu USA nie mają woli by pomagać Asadowi w walce z Daesz, bo Asad jest uznany za takiego samego wroga jak Daesz, tylko politycznie nie ma jak go obecnie ugryźć. Ty zakładasz, że trzeba poświęcić wszystko żeby pokonać Daesz, niezależnie od kosztów. A ja twierdzę, że nigdy nie było takiej konieczności, tylko koszty całości byłyby większe.Cement pisze: Problem w tym, że sojusznicy USA w Zatoce Perskiej aktywnie wspierają ISIS, co w dużej mierze determinowało działania administracji Obamy na Bliskim Wschodzie. Nalot na siły SAA w Deir ez-Zor we wrześniu ubiegłego roku pokazał, że USA nie mają woli zlikwidowania ISIS, przeciwnie - tolerują do pewnego stopnia ich istnienie tak długo, jak ich działania są zbieżne z interesami USA i ich sojuszników w regionie.
Oczywiście, że były, ale uważam, że Daesz ma zawsze coś w zanadrzu, żeby wyjść obronną ręką z PRowej porażki. Poza tym dochodzi element psychologiczny - ich zwolennicy przy takiej porażce mają większą motywację żeby uderzyć, a to powoduje, że ciężej ich wykryć.Cement pisze: Masz rację w tym sensie, że wraz z kolejnymi, nieuniknionymi już, militarnymi porażkami ISIS ich zwolennicy w Europie będą raczej atakować tutaj niż wyjeżdżać do Syrii. Natomiast doszukiwanie się jakiś głębszych prawidłowości między datami zamachów a konkretnymi operacjami militarnymi i tym, kto je przeprowadził jest raczej niewiele warte, bo w międzyczasie było mnóstwo prób zamachów (w tym takich na dużą skalę) które zostały udaremnione przez europejskie służby.
Ech. Twoje założenia religijne całkowicie mijają się z rzeczywistością. Setki milionów muzułmanów nie zabijają, więc religia nie może być głównym powodem. Jest jednym z powodów, ale nie może być tym "trigerrem", potrzeba większej liczby czynników.Cement pisze: Po raz kolejny bzdury jakoby główną przyczyną terroryzmu było wykluczenie społeczne, nasza polityka zagraniczna, poniżenie etc. - owszem, te czynniki niewątpliwie przyczyniły się do rozwoju terroryzmu, ale nie są jego główną przyczyną. Głównym powodem terroryzmu jest islamska teologia i fakt, że według nauczań Mahometa każdy kto zginie w walce za Allaha ma zagwarantowane zbawienie, i że nie ma czynu o większej wartości niż jihad jakiego mógłby dokonać muzułmanin. Dlatego dopóki będą ludzie, którzy traktują Koran jako odwieczne i nieomylne słowa Boga, a hadisy jaki autorytatywne źródło nauczania na temat tego jak muzułmanie powinni naśladować Mahometa, przemoc przeciwko niemuzułmanom będzie częścią islamu (niezależnie od tego jak będziemy traktować muzułmanów i jaka będzie nasza polityka zagraniczna), tak jak była przez całą historię tej religii. Dopóki tego nie zrozumiemy, nie wygramy walki z terroryzmem ani politycznym islamem.
Gdyby było jak mówisz, to nie potrzebowaliby tego całego PRu, komórek rekrutacyjnych itd. Tak samo działają nacjonaliści, tak samo działają komuniści itd. Ideologię łączy się z wydarzeniami życiowymi, wyszukuje się jednostki zaburzone psychicznie, odrzucone społecznie, czy po tragicznych przejściach, bo są łatwiejsze do manipulacji. I mówi to człowiek wrogi koncepcjom religijnym w ogóle.
Większość to nie wszyscy. I nie byłbym o tym taki przekonany, czy to była większość, ale to czy mowa o 55% wrogich Asadowi, czy 45%, nie ma tutaj większego znaczenia. Ludzie podnieśli bunt i nie oszukujmy się - mieli ku temu powody.






