Umiesz pisac, Udowodnij !! - Strona 19

Chwila oddechu dla stałych bywalców i świeżych owieczek. Trunki oraz coś na ząb w gronie znajomych, jak i dla tych którzy chcą podumać bądź przygadać sobie ramię w ramię z barmanem.
Michalson
Skład C
Skład C
Posty: 45
Rejestracja: 07 sty 2006, 11:16
Reputacja: 0

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Michalson » 13 maja 2006, 15:25

HISTORIA BAYERU LEVERKUSEN:

W 1904 roku, Wilhelm Hauschild napisał list do dyrekcji firmy Bayer. Poprosił ją o pomoc finansową, w założeniu klubu sportowego, Pierwszego lipca 1904 roku, powstał TSV Bayer 04 Leverkusen. Już w 1907 roku, powołana została drużyna piłkarska. Z biegiem lat Bayer rozwijał się i stawał się coraz mocniejszym klubem. W 1951 roku "Aptekarze" awansowali do Oberligi zachodniej (Oberliga West), jednak potem z niej spadli. W 1962 roku Bayer znów awansował do tych rozgrywek. Do 2 Bundesligi "Aspiryny" awansowały w sezonie 1974/75. Grały w niej zaledwie cztery lata, gdyż już w 1979 roku, TSV Bayer 04 Leverkusen świętował pierwsze miejsce w drugiej lidze co oznaczało grę w pierwszej Bundeslidze od następnego sezonu. Przygodę w najwyższej klasie rozgrywek, Leverkusen rozpoczęło od 12 miejsca. W sezonie 1986/87 Bayer zajął 6 miejsce w lidze niemieckiej i tym samym wywalczył awans do historycznego dla klubu Pucharu UEFA. W 1988 roku Bayer Leverkusen zdobył to trofeum, pokonując w finale Espanyol Barcelona. W pierszym spotkaniu "Aspiryny" przegrały 3:0, by w następnym uzyskać ten sam wynik, tyle że na swoją korzyść. Rzuty karne lepiej wykonywali "Aptekarze" i zespół z Leverkusen cieszył się największym sukcesem w swojej historii. W 1993 roku Bayer pokonał Herte Berlin 1:0, w finale Pucharu Niemiec. W sezonie 1996/97 klub zdobył wicemistrzostwo Niemiec i awansował do Ligi Mistrzów. Sezon 2001/2002 uchodzi za jeden z najlepszych w historii "Aspiryn". Znakomicie grająca druzyna dotarłą do finału Ligi Mistrzów, lecz po bardzo wyrównanym meczu przegrała z Realem Madryt 1:2. 2003 rok był natomiast okresem wielkiego kryzysu. Piętnaste miejsce w Bundeslidze i odejście najlepszych zawodników sprawiło że wszyscy myśleli, że skończyła się era dobrego Bayeru Leverusen. Jednak w następnym sezonie Bayer zajął 3 miejsce w lidze i awansował do UEFA Cheampions League. Tam wygrał swoją grupę pokonując Real Madryt, AS Romę i Dynamo Kijów, ale w 1/8 finału uległ późniejszemu zwycięzcy Pucharu - FC Liverpoolowi.

BAYER W LM 01/02:

Wspaniała Liga Mistrzów 2001/2002 Wszyscy kibice Bayeru Leverkusen z przyjemnością wspominają UEFA Cheampions League 2001/2002. W tej edycji Ligi Mistrzów, znakomicie grający "Aptekarze" dotarli aż do finału. W tym artykule postaram się przybliżyć czytelnikom drogę Bayeru od trzeciej rundy eliminacji, aż do finału Pucharu Mistrzów. Losowanie III rundy eliminacji, okazało się w miarę szczęśliwe dla "Aspiryn" Uwcześni wicemistrzowie Niemiec trafili w nim na Crvene Zvezde Belgrad. Pierwszy mecz, zakończony bezbramkowym remisem pokazał jednak, że nie można być zbyt pewnym siebie. Rozegrany 21 sierpnia 2001 rewanż, pewnie wygrali "Aptekarze". W wygranym trzy do zera spotkaniu bohaterem okazał się strzelec dwóch bramek - Oliver Neuville. Drużyna z Leverkusen, trafiła w losowaniu do silnej grupy F - razem z Olympique Lyon, FC Barceloną i Fenerbahce Stambuł. W pierwszej kolejce, Bayer zagrał na BayArena z Fenerbahce. Bramki dla Leverkusen zdobyli Lucio i Michael Ballack. Wynik pozwalał kibicom myśleć w miarę optymistycznie, choć niektórzy wątplili czy gra taka jak z Turkami wystarczy by wywieźć trzy punkty z Lyonu. Mecz drugiej kolejki, Olympique Lyon - Bayer Leverkusen zakończył się jednak zwycięstwem "Aspiryn" 1:0. Jedyną bramkę w tym spotkaniu strzelił legendarny gracz Leverkusen - Ulf Kirsten. Trzecia kolejka przyniosła najcięższy z dotychczasowych meczy Bayeru w Cheampions League 2001/2002 - walka u siebie z FC Barceloną. Sporą sensacją była wygrana kolejce B04L wygrał pewnie 3:1 z Deportivo, i zajął pierwsze miejsce w grupie. Losowanie ćwierćfinału przyniosło Leverkusen niezwykle trudnego rywala - Liverpool FC. W pierwszym meczu, rozegranym trzeciego kwietnia 2002 w Anglii, Bayer przegrał 1:0. Bohaterem meczu został strzelec jedynej bramki - Hyypia. W drugim spotkaniu, na BayArena, "Aptekarze" rozgromili LFC 4:2 i dostali się do półfinału Cheampions League! Bramki strzelali: dwie Ballack a po jednej Berbatov i Lucio. Półfinał to arcytrudne pojedynki z Manchesterem Utd. Na słynnym stadionie ManU, "Aspiryny" poradziły sobie całkiem nieźle i po bardzo zaciętym spotkaniu zremisowały 2:2. Michael Ballack i Oliver Neuville zostali bohaterami Leverkusen. Wszyscy z nadzieją czekali na mecz rewanżowy. Wynik 2:2 na wyjeździe, stawiał "Aptekarzy" w lepszej sytuacji niż "Czerwone Diabły". 30 kwietnia, całe Niemcy świętowały awans klubu ze swego kraju do finału Ligi Mistrzów. Drugi mecz zakończyl się wynikiem 1:1 i dzięki lepszemu stosunkowi bramek na wyjeździe, to Bayer a nie ManU zagrał w finale Pucharu. Na Hampden Park w Glasgow, w obecności 51 000 ludzi rozegrany został finał: Real Madryt-Bayer Leverkusen. Choć mecz był nieustanną wymianą ciosów i niezwykle wyrównaną rywalizacją, "Aspiryny" przegrały 2:1. Bramki dla Realu strzelili Raul i Zidane, a dla "Aptekarzy" Lucio. Choć rywalizacja w Cheampions League 2001/2002 nie zakończyła się zwycięstwem Bayeru, na zawsze pozostanie w pamięci wiernych kibiców drużyny z Leverkusen.

DIMITAR BERBATOV:

W Bayerze Leverkusen pozostało niewielu zawodników, którzy mimo swego ogromnego talentu i lukratywnych ofert, nie zdecydowali się na odejście z klubu. Jednym z nich jest najlepszy bułgarski piłkarz dwóch ostatnich lat - Dymitar Berbatov. Bułgar zaczynał karierę w zespole PFC Prin Blagoevgrad, gdzie prezentował się tak dobrze, że już w wieku siedemnastu lat podpisał kontrakt z najlepszym klubem w swojej ojczyźnie - CSKA Sofia. W CSKA Dymitar zagrał w 49 spotkaniach i strzelił w nich aż 26 goli. Zespół z Sofii wywalczył wtedy Puchar Bułgarii, a Dymitar Berbatov był zdecydowanie najlepszym graczem klubu. Gdy Bułgar skończył dwadzieścia lat, związał się ze świetnie grającym w Bundeslidze w tamtym okresie Bayerem Leverkusen. Na początku był w nim tylko zmiennikiem, lecz po jakimś czasie wywalczył sobie miejsce w pierwszej jedenastce "Aptekarzy".W sezonie 2003/2004 zajął czwarte miejsce w klasyfikacji strzelców Bundesligi, strzelając dla Bayeru 17 bramek. Rok później uplasował się na trzeciej pozycji w tej klasyfikacji, strzelając 20 goli w Bundeslidze. Także w reprezentacji Bułgarii Dymitar Berbatov spisuje się znakomicie. Jest podporą drużyny narodowej, jedną z trzech największych gwiazd. To dzięki niemu jego kraj wywalczył awans do Mistrzostw Europy EURO 2004 i zupełnie się nie skompromitował w eliminacjach World Cup 2006. W eliminacjach EURO 2004, Berbatov strzelił 5, natomiast w eliminacjach World Cup 2006 aż 7 bramek. Christo Stoiczkow mówi o nim w samych superlatywach i trudno mu się dziwić, bo najlepszy piłkarz Bułgarii 2004 i 2005 jest naprawdę wspaniałym zawodnikiem.

i jak?

Michalson
Skład C
Skład C
Posty: 45
Rejestracja: 07 sty 2006, 11:16
Reputacja: 0

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Michalson » 21 maja 2006, 15:34

no więc??

Awatar użytkownika
Łukasz_
Kapitan
Kapitan
Posty: 3563
Rejestracja: 12 wrz 2005, 19:59
Reputacja: 0
Lokalizacja: Czechowice-Dziedzice

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Łukasz_ » 21 maja 2006, 15:38

Stać Cię na więcej.

Michalson
Skład C
Skład C
Posty: 45
Rejestracja: 07 sty 2006, 11:16
Reputacja: 0

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Michalson » 21 maja 2006, 16:22

hehe:P a skąd wiesz?:)

Awatar użytkownika
RoRo
Kapitan
Kapitan
Posty: 2837
Rejestracja: 11 lut 2005, 14:45
Reputacja: 0
Lokalizacja: :dąkS

Post Wyświetl pojedynczy post autor: RoRo » 25 lip 2006, 11:45

Chciałbym przedstawić napisane przeze mnie podsumowanie Mundialu w Niemczach pod kątem występów zawodników Interu Mediolan. Mam nadzieje, że tekst przypadnie Wam do gustu.

NERAZZURRI NA NIEMIECKIM MUNDIALU

Garść piłkarzy na co dzień występujących na San Siro w niebiesko-czarnym stroju Interu Mediolan przebywało na ukończonym niedawno największym święcie piłkarskim, mistrzostwach świata. Na wstępie mojego sprawozdania chciałbym wymienić wszystkich szczęśliwców, którzy znaleźli się na Weltmeisterschaft ze swoimi narodowymi reprezentacjami. Byli to Argentyńczycy Nicolas Burdisso, Esteban Cambiasso oraz Julio Cruz, Brazylijczyk Adriano, Serb Dejan Stankovic, Portugalczyk Luis Figo oraz Włoch Marco Materazzi. Liczba reprezentantów Interu Mediolan na mistrzostwach nie jest porażająca, ale ważne, że jednak znaleźli się piłkarze, którzy polecieli ze swoimi kadrowymi kolegami na mundial. Nadarzyła się, więc sposobność do obejrzenia poczynań naszych pupili, ale nie w niebiesko-czarnej koszulce mediolańskiego Interu, lecz w reprezentacyjnych strojach. Oto opisane moje własne spostrzeżenia dotyczące gry naszych na Weltmeisterschaft oraz ich reprezentacji.

Adriano (Reprezentacja Brazylii)

Jeszcze długo przed mundialem reprezentacja Brazylii była ustawiana na samym szczycie kandydatów do zdobycia tytułu mistrza świata. Gdy popatrzeć na potencjał kadrowy jakim dysponuje Carlos Alberto Parreira trudno dziwić się takim pogłoskom. Jedynym brazylijskim graczem Interu, który otrzymał powołanie na mistrzostwa był Adriano, który do samego końca nerwowo wyczekiwał tego momentu z powodu, iż po bardzo słabym sezonie nie mógł być na sto procent pewny swego. A jednak. Selekcjoner Canarinhos postanowił dać szansę potężnie zbudowanemu napastnikowi i Il’Imperatore razem z reprezentacją Canarinhos otrzymał bilet do Niemiec. W swojej grupie Brazylia miała przeciwników tej klasy jak Chorwacja, Japonia oraz Australia. Nic dziwnego, że stawiana była w roli zdecydowanego faworyta do wyjścia z grupy na pierwszym miejscu. Canarinhos ostatecznie dokonali tej sztuki, lecz nie po wspaniałej i zapierającej dech w piersiach grze, a wymęczonych zwycięstwach z Chorwacją i Australią. Jedynie mecz z Japonią wlał w serca kibiców nadzieję na ładną grę w fazie pucharowej. Adriano rozegrał w grupie dwa mecze (z Australią i Chorwacją), ale w żadnym z nich nie pokazał się z dobrej strony (pomimo bramki strzelonej z Australią) i zamiast potężnego snajpera w meczu z Japonią w podstawowej jedenastce wybiegł smukły Robinho co znacznie polepszyło jakość gry ataku reprezentacji pięciokrotnych mistrzów świata. Wiązało się to jednak niestety z utratą miejsca w składzie naszego Imperatora podczas gdy pozycja gracza Realu Madryt Ronaldo była niezagrożona z powodu, iż był już bardzo bliski pobicia rekordu ilości bramek na mistrzostwach świata należącym do Gerda Mullera (14 przyp. red.).
Kontuzja Robinho spowodowała jednak, że gwiazda Interu Mediolan mogła po raz kolejny wybiec na plac gry w podstawowym składzie popularnych Canarinhos. Na niewiele zdało się to jednak ponieważ Adriano zagrał bardzo słabą pierwszą połowę (na domiar złego otrzymał jeszcze żółtą kartkę za symulowanie faulu), a decyzją selekcjonera Brazylii w 61 minucie został zmieniony przez rozgrywającego Olimpique Lyon, Juninho. Leite Ribeiro wpisał się tego dnia na listę strzelców, jednak w momencie podania Cafu, nasz napastnik znajdował się bliżej bramkarza niż ostatni z obrońców Ghany co wyjaśnia, że znajdował się w tej sytuacji na pozycji spalonej. Kibice zgromadzeni na stadionie mieli bardzo wielkie pretensje do arbitra tego spotkania za to, iż swoim błędem odebrał praktycznie szanse na awans do kolejnej rundy zespołowi z Ghany. W drugiej połowie reprezentacja z Południowej Ameryki dołożyła jeszcze jedną bramkę autorstwa pomocnika Bayernu Monachium Ze Roberto. Zwycięstwo wysokie, lecz niesmak pozostał. Z jednej strony z powodu nieprawidłowej bramki Leite Ribeiro, a po części z powodu bardzo słabej gry Kanarków.
Ćwierćfinałowy mecz Brazylii z Francją natychmiast po potwierdzeniu, iż takowy będzie miał miejsce okrzyknięto brazylijskim rewanżem za rok 1998. Co prawda zawodnicy Canarinhos tonowali wypowiedzi zaznaczając, że spotkanie nie będzie miało charakteru rewanżu, choć z pewnością w głębi serca pragnęli odgryźć się Tricolores za dotkliwą porażkę przed ośmioma laty.
I rozpoczął się klasyk, tyle, że bez udziału żadnego zawodnika Interu Mediolan. Adriano siedział bowiem tego dnia na ławce rezerwowych. Napastnik NerAzzurrich niewiele jednak stracił gdyż pierwsza połowa spotkania przebiegała w niezbyt wygórowanym tempie. Obie drużyny grały raczej zachowawczo troszcząc się wyłącznie o to, aby nie stracić bramki. Ronaldinho Gaucho nie zachwycał nas swoimi genialnymi dryblingami, a Thierry Henry nie potrafił sobie jakoś stworzyć dogodnej sytuacji strzeleckiej. Wszystko miało zmienić się dopiero w drugiej połowie meczu, kiedy to po stałym fragmencie gry wykonywanym przez Francuzów, Thierry Henry skorzystał z wspaniałego dośrodkowania Zinedine Zidane’a i zaledwie dokładając nogę wpakował futbolówkę do siatki.
Brazylijczycy nie mieli już nic do stracenia, przegrywali bowiem z reprezentacją Tricolores, a do końca meczu pozostawało już tylko trzydzieści minut. Selekcjoner Brazylii na sytuację na boisku zareagował natychmiastowymi zamianami. Plac gry opuścił Juninho zmieniony przez naszego Adriano, a Cafu zastąpiony został dużo młodszym Cicinho z Realu Madryt. Canarinhos zawzięcie atakowali, lecz ich wysiłki spełzały na niczym. Bodajże najlepszą sytuację do zmiany wyniku miał Ronaldinho egzekwując rzut wolny w odległości około 19 metrów od bramki Bartheza. Ofensywny gracz Barcelony przeniósł jednak piłkę nieznacznie nad poprzeczką. Chwilę potem gdy Dinho z rozpaczą spojrzał w kierunku szybującej za bramką piłki firmy Adidas, nadzieje Brazylijczyków na korzystny wynik w tym spotkaniu drastycznie zmalały. Znając wspaniałe umiejętności i nieprzewidywalność Brazylijczyków szanse nie były jeszcze równe zeru. Znikły bowiem kilka minut wraz z ostatnim gwizdkiem arbitra. Marzenia o zdobyciu drugiego z rzędu Pucharu Świata prysły jak mydlana bańka, Cafu, kapitan Canarinhos nie zagra w czwartym z rzędu finale mundialu. Te słowa ciężko przechodzą przez gardło, lecz wypowiedzieć je należy. Adriano i wspaniała reprezentacja Brazylii poza burtą Mistrzostw Świata! Obrońcy tytułu z 2002 roku lecą do domu nie doczekawszy choćby półfinału!

Esteban Cambiasso, Nicolas Burdisso, Julio Cruz (Argentyna)

Uznawana za faworyta sławnej grupy śmierci Argentyna rozpoczęła mistrzostwa od wymęczonego zwycięstwa w stosunku 2:1 z fantastycznym Wybrzeżem Kości Słoniowej. W tym meczu udział wzięło dwóch przedstawicieli NerAzzurrich, Esteban Cambiasso oraz Nicolas Burdisso. Obaj mecz mogą zaliczyć do tych udanych. Mecz z Serbią i Czarnogórą kibice argentyńscy zapamiętają jeszcze długo. Wspaniała dyspozycja ich pupili mogła naprawdę zapaść w pamięć. Wynik 6:0 mówi sam za siebie. W tym meczu od pierwszej minuty nie zagrał Esteban Cambiasso, który stracił zaufanie trenera Pekermana. Kilkanaście minut po pierwszym gwizdku arbitra zmiennik Cambiasso, Lucho Gonzales nabawił się kontuzji i defensywny pomocnik Interu mógł zameldować się na placu gry. Il’Chuchu chwilę później zdobył ładnego gola. Cały mecz rozegrał Burdisso, z ławki rezerwowych oglądał go Julio Ricardo Cruz.
W ostatnim meczu grupowym Albicelestes podejmowali reprezentacje Holandii. Mecz zapowiadany był jako szlagier, lecz nie przyniósł spodziewanych emocji i obie drużyny podzieliły się punktami nie strzelając w nim ani jednej bramki. W drugiej połowie na murawie pojawił się zapowiadany Julio Cruz, a cały mecz rozegrał Esteban Cambiasso. Nicolas Burdisso pauzował w wyniku kontuzji jakiej nabawił się w meczu z Serbią.
Po dwóch zwycięstwach i jednym remisie, reprezentacja Argentyny z pierwszego miejsca w grupie awansowała do fazy pucharowej turnieju. Tam trafiła na silny i zdeterminowany Meksyk pod wodzą trenera Ricardo Antonio La Volpe. Po pierwszym gwizdku arbitra zauważyć na murawie można było jedynie jednego przedstawiciela ekipy NerAzzurrich, Estebana Cambiasso. Julio Cruz oraz Nicolas Burdisso usiedli bowiem tego dnia na ławce rezerwowych.
Ostatecznie, bardzo ładny mecz zakończył się zwycięstwem podopiecznych trenera Pekermana, ale potrzebna była dogrywka w, której Albicelestes przechylili szalę zwycięstwa na swoją stronę po bramce gracza Atletico Madryt, Maxi Rodrigueza. Warto odnotować, że w drugiej połowie meczu Estebana Cambiasso zmienił Pablo Aimar.
Nadszedł długo wyczekiwany pojedynek gospodarzy turnieju Niemców z reprezentacją Argentyny w ramach ćwierćfinału mistrzostw. Ogromnym zaskoczeniem był jednak fakt, iż żaden z zawodników Interu Mediolan nie wyszedł na plac gry w podstawowej jedenastce. Dopiero w 72 minucie na plac gry zameldował się Esteban Cambiasso, chwilę później jego klubowy kolega Julio Cruz zmienił słabiutkiego w tym spotkaniu Hernana Crespo.
Mecz ostatecznie zakończył się wynikiem 1:1, a jako, że dogrywka nie przyniosła rozstrzygnięcia, zawodnicy przystąpili do wykonywania jedenastek. W serii rzutów karnych Niemcy okazali się skuteczniejsi od drużyny Albicelestes. W jedenastce Jose Pekermana chybiali zdobywca bramki w regulaminowym czasie gry Roberto Ayala i niestety nasz zawodnik Esteban Cambiasso. Warto odnotować, iż swój rzut karny wykorzystał Julio Ricardo Cruz. Nie pomogło to jednak Argentynie awansować do następnej rudny i popularni Albicelestes mogli pakować już swoje walizki.


Marco Materazzi (Włochy)

Wysoki obrońca, Marco Materazzi już na samym starcie niemieckiego mundiali skazany był na ławkę rezerwowych z powodu bardzo dużej konkurencji w osobach Fabio Cannavaro oraz Alessandro Nesty. Sposobność do zaprezentowania swoich umiejętności nastąpiła dopiero w ostatnim meczu fazy grupowej. Italia podejmowała tego dnia drużynę Czech i żadna z drużyn do samego końca nie mogła być pewna awansu. Już na początku meczu Alessandro Nesta musiał opuścić murawę, a w jego miejsce wszedł właśnie nasz Matrix. Kilka minut później wysoki obrońca mediolańskiego Interu strzałem głową wpisał się na listę strzelców wyprowadzając Squadra Azzurra na prowadzenie. Mecz zakończył się ostatecznie wynikiem 2:0 dla Włochów (bramkę dołożył jeszcze Filippo Inzaghi) co oznaczała dla Czechów tylko jedno, pożegnanie się z turniejem. Włochom dało to z kolei upragniony awans, do spółki z fantastyczną reprezentacją Ghany.
W kolejnej fazie turnieju, drużyna Italii podejmowała prowadzoną przez trenerskiego geniusza Guusa Hiddinka reprezentacje Australii. Bardzo dobrą wiadomością było, że w podstawowym składzie Squadra Azzurra mecz rozpoczął nasz Marco Materazzi czyli popularny Matrix. Całkiem nieźle poczynający sobie na murawie Marco wyleciał z niej jednak w drugiej połowie otrzymawszy dość kontrowersyjną czerwoną kartkę za faul na pomocniku AC Parmy, Bresciano. Już bez obrońcy NerAzzurrich reprezentacja Włoch musiała radzić sobie w rozgrywanym meczu, i mimo, że nie szło im najlepiej to ostatecznie wygrali po (według mojej skromnej osoby) rzucie karnym przyznanym z kapelusza. Jedenastkę na bramkę zamienił Francesco Totti dając swojej reprezentacji awans do kolejnej rundy, a tifosim niesłychaną wręcz radość.
W meczu z Ukrainą nie mógł niestety zagrać Marco Materazzi zawieszony wcześniej za czerwoną kartkę z meczu z Australią. I bez niego reprezentacja poradziła sobie bardzo dobrze. Reprezentanci Squadra Azzurra odesłali do domu Shevchenke i spółkę po wygranej 3:0. Wynik może trochę mylić gdyż przy stanie 1:0 dla Italii, Ukraińcy zmarnowali dwie fantastyczne sytuacje do zdobycia wyrównującego gola. Chwilę potem Luca Toni strzałem głową po asyście Francesco Tottiego podwyższył wynik na 2:0 a niedługo potem dopełniając formalności po zagraniu piłkarza Juventusu Gianluki Zambrotty skierował futbolówkę do pustej bramki ustalając wynik spotkania.
W półfinałowej fazie Weltmeisterschaft na zawodników Squadra Azzurra czekali już gospodarze turnieju, Niemcy. Bardzo miłym faktem była gra defensora NerAzzurrich Marco Materazziego w pierwszej jedenastce drużyny prowadzonej przez Marcelo Lippiego. Popularny Matrix powrócił do składu po meczowej banicji spowodowanej czerwoną kartką w meczu 1/8 finału przeciwko Australii. W pojedynku z Niemcami Marco mógł, więc odwdzięczyć się Lippiemu za zaufanie jakim go obdarzył i naprawdę nie zawiódł. Jego twarda aczkolwiek czysta gra mogła robić wrażenie, i w dużej mierze dzięki temu, iż w polu karnym stał dwumetrowy zawodnik z numerem 23 na koszulce, Niemcom nie udało się wbić piłki do bramki Gianluigiego Buffona (nota bene także podczas tego meczu w imponującej formie). Mecz mimo kilku okazji z obu stron zakończył się bezbramkowym remisem i sędzia po raz kolejny już w tym turnieju musiał zarządzić trzydziestominutową dogrywkę.
Od początku doliczonego czasu gry Matrix i spółka wzięli się ostro do roboty i już podczas pierwszych trzech minut extra time’u bramkarza gospodarzy Jensa Lehmanna ratowały kolejno słupek i poprzeczka. Odważna, ofensywna gra Italii zapowiadała, iż zawodnicy Lippiego chcą zakończyć spotkanie przed upływem trzydziestu minut. W rzeczywistości udała im się ta sztuka, a bohaterem Włoch po wspaniałym technicznym strzale tuż przy słupku golkipera Niemców został przymierzany do mediolańskiego Interu, Fabio Grosso. Jako, że była to już 119 minuta meczu, niemieccy kibice zgromadzeni na stadionie w Dortmundzie przeżyli ogromny szok, który pogłębił się dosłownie minutę później kiedy to strzałem w okienko po asyście Alberto Gilardino, popisał się zawodnik Juventusu Turyn Alessandro Del Piero. Pierwszym finalistą Weltmeisterschaft była więc reprezentacja Włoch!

W hucznie rozpoczętym finale siedemnastych MŚ wystąpiły reprezentacje Francji oraz Włoch. Przed spotkaniem kibice Italii przypominali, iż będzie to wielki rewanż za finał Euro 2000 w, którym Włochom do zwycięstwa brakowało jedynie kilkunastu sekund, a jednak trofeum dla najlepszej drużyny Europy wzniósł kapitan Francuzów. Dającym powody do dumy kibiców Interu Mediolan faktem było to, iż w pierwszej jedenastce Azzurrich wyszedł nasz defensor Marco Materazzi. Selekcjoner reprezentacji Włoch Marcelo Lippi darzy wysokiego obrońcę wielkim zaufaniem co nas kibiców bardzo cieszy.
Sam Lippi nie zawiódł się na finałowej postawie popularnego Matrixa. I mimo, że był on pierwszoplanową postacią w sytuacji z szóstej minuty, w, której to po jego rzekomym faulu na Florient Malouda sędzia odgwizdał rzut karny dla Tricolores pewnie wykorzystany przez Zinedine Zidane, to kilka naście minut później potrafił się on zrehabilitować kolegą strzelając głową bramkę wyrównującą. Mecz rozpoczął się jak gdyby od nowa, a obie reprezentacje walczyły teraz jak lwy o gola dającego jakże ważne prowadzenie. Do dziewięćdziesiątej minuty ta sztuka nie powiodła się żadnemu teamowi i po raz, który to już na tym turnieju sędzia zarządził dodatkowe 30 minut. Pierwsza połowa nie obfitowała w zapierające dech w piersi akcje, piłkarze byli bowiem bardzo przemęczeni prawie dwugodzinną batalią. Skończyła się ona zatem wynikiem przybliżającym nas sukcesywnie do rzutów karnych. Wielkie emocje miały jednak dopiero nadejść…
Takowe przyniosła 110 minuta spotkania. Po niezrozumiałym ataku głową Zinedine’a Zidane'a (oczywiście bez piłki) w Marco Materazziego sędziowie długo zastanawiali się jaką karę nałożyć na kapitana reprezentacji Francji. Z początku nie widzieli całego zdarzenia, ale po konsultacji i obejrzeniu całego zajścia na wielkim telebimie, główny sędzia nie zawahał pokazać się nieodpowiedzialnemu Zidane’owi czerwonej kartki za chamskie zachowanie. Od tej chwili Francuzi musieli radzić sobie w osłabieniu. Nie wychodziło im to źle jeżeli popatrzeć na ich grę wyglądającą o niebo lepiej od tej, którą prezentowali piłkarze w niebieskich koszulkach. Do końca meczu wynik jednak nie zmienił się i po kilku minutach odpoczynku piłkarze rozpoczęli wykonywanie jedenastek.
Pierwszy do rzutu karnego podszedł reprezentant

Dejan Stankovic (Serbia i Czarnogóra)

Dejan Stankovic i jego koledzy z reprezentacji pechowo trafili do jednej z najcięższych grup całych mistrzostw, do nazywanej grupą śmierci grupy „c”. Sam pomocnik jako jedna z największych gwiazd zespołu miał w nim pierwszoplanową rolę w pierwszym składzie. Reprezentacja nic nie ugrała jednak w Niemczech i po trzech kolejnych porażkach mogła spakować swoje walizki i odlecieć do kraju. W pierwszym meczu Serbii i Czarnogóry na niemieckich mistrzostwach zespół prowadzony przez Ilije Petkovica uległ w stosunku 1:0 faworyzowanej Holandii, by w kolejnej batalii zostać wręcz rozgromionym przez świetnie dysponowaną tego dnia Argentynę aż 6:0. Kiedy to wydawać mogło się, że ostatni mecz przyniesie w końcu upragnione trzy punkty, przeciwnik w osobie Wybrzeża Kości Słoniowej potrafił przegrywając już 0:2 zakończyć mecz wynikiem 3:2. Ofensywny pomocnik mediolańskiego Interu tak jak i reszta jego kompanów niestety nie zabłysnął w Niemczech. Było to spore zaskoczenie mając na uwadze fantastyczny sezon jaki rozegrał Dejan wszyscy oczekiwali od niego, że dużo częściej będzie brał ciężar gry na siebie i udowodni jakim wspaniałym to jest piłkarzem. Niestety nic z tych rzeczy…

Luis Figo (Portugalia)

Grupowymi rywalami Portugalczyków były kolejno reprezentacje Meksyku, Angoli oraz Iranu. Nie trudno domyślić się, że podopieczni Luisa Felipe Scolariego stawiani byli w roli bezsprzecznego dominatora tej grupy. Największymi gwiazdami wicemistrzów Europy są bowiem takie tuzy jak Deco, Pedro Pauleta, Ricardo Carvalho czy nasz Luis Figo, kapitan drużyny.
Inauguracyjny mecz teamu z Półwyspu Iberyjskiego w, którym przeciwnikiem była reprezentacja Angoli zakończył się wynikiem 1:0 dla zespołu Luisa Figo. Sam Pomocnik zaliczył piękną asystę przy szybko strzelonej bramce autorstwa Pedro Paulety.
Kolejną potyczką podopiecznych Luisa Felipe Scolariego był mecz z Iranem. Nie trudnym zadaniem było zgadnąć kto jest w tym meczu zdecydowanym faworytem. Portugalia w istocie zdominowała plac gry i pewnie pokonała zawodników z Azji 2:0. Warto dodać, że przy pierwszym golu zawodnika Barcelony Deco asystował Luis Figo, a przy rzucie karnym wykonywanym przez Cristiano Ronaldo zawodnikiem faulowanym był właśnie gracz naszej ukochanej drużyny. Mundial dla byłego piłkarza min. Realu Madryt i FC Barcelony, podobnie jak i dla jego kolegów rozpoczął się, więc fantastycznie.
Kolejnym przeciwnikiem na drodze Portugalii do zdobycia wymarzonego tytułu mistrza świata była drużyna dowodzona przez Marco Van Bastena, Oranjes czyli po prostu zespół Holandii. Obfitujący w żółte i czerwone kartki, niesportowe zachowania, brzydkie faule mecz zakończył się ostatecznie wynikiem 1:0 dla Portugalii premiując ją awansem do ćwierćfinału. Luis Figo zaliczył dobry występ, starał się, dryblował, i choć jego gwiazda nie zabłysła pełnym blaskiem to pozostawił po sobie dobre wrażenie, ale tylko piłkarsko, ponieważ za bezmyślny incydent z udziałem Marca Van Bommela mógł natychmiast wylecieć z boiska choć ostatecznie to się nie stało. Kilka dni później można było wyczytać w prasie, że FIFA postanowi jednak ukarać naszego skrzydłowego karą dyskwalifikacji za niezwiązane z akcją uderzenie głową Marca Van Bommela. Ostatecznie były gracz Realu Madryt nie poniósł konsekwencji swojego czynu i mógł zostać wpisany do protokołu meczowego na spotkanie ćwierćfinałowe z reprezentacją Anglii. Dnia 1-go lipca 2006 roku kapitan Brazylijczyków Europy Luis Figo mógł wyprowadzić swoją drużynę na plac boju. Przed meczem przypuszczano, iż piłkarze będą grać zachowawczo, prorokowano, iż cały mecz zakończy się nerwówką sfinalizowaną serią rzutów karnych. Ku zdziwieniu sympatycy na całym świecie nie pomylili się. W rzeczywistości mecz po dziewięćdziesięciu minutach zakończył się wynikiem nierozstrzygniętym, lecz nie można było narzekać na brak emocji. Po usunięciu z boiska za niesportowe zachowanie Wayne’a Rooneya Portugalia całkowicie przejęła inicjatywę lecz nie mogła przechylić szali zwycięstwa na swoją korzyść. Jako, że także dodatkowe 30 minut doliczonego czasu gry także nie przyniosło rozstrzygnięcia, sędzia zgodnie z obowiązującymi zasadami zarządził konkurs rzutów karnych. W serii jedenastek lepsi okazali się Portugalczycy, lecz nie mogło być inaczej skoro w drużynie Albionu pudłowały takie tuzy futbolu jak Steven Gerrard czy Frank Lampard. Po ostatnim rzucie karnym Portugalczyków wykonywanym przez zawodnika Manchesteru United Cristiano Ronaldo faktem stał się awans drużyny z półwyspu.
Półfinałowy mecz Mistrzostw w, którym Portugalia zmierzyła się z Francją mógł także zostać uznany jako swojego rodzaju rewanż. To po bramce z rzutu karnego, już w dogrywce spotkania półfinałowego Euro 2000 Zinedine Zidane i jego Tricolores odesłali rywali z Półwyspu Iberyjskiego do domu. Dnia 5 lipca roku 2006 Portugalczycy mieli nadzieje, że tym razem to Deco, Pauleta i spółka odprawią z kwitkiem piłkarzy co mecz odśpiewujących Marsyliankę, i awansują do upragnionego finału. Z nadzieją rozpoczęli, więc marsze w kierunku bramki strzeżonej tego dnia przez Fabiena Bartheza wierząc, iż uda im się wprawić w euforię rodaków zgromadzonych na stadionie, przed wielkimi telebimami czy po prostu przed domowymi odbiornikami telewizyjnymi.
Co z tego, że zawodnicy z Półwyspu Iberyjskiego przeprowadzali więcej akcji, częściej oddawali strzały z dystansu, wygrywali pojedynki jeden na jeden. To Francuzi otworzyli wynik spotkania. Dokładniej Zinedine Zidane po bardzo problematycznym rzucie karnym (Moim zdaniem Henry bezczelnie oszukał sędziego celowo potykając się o nogę Ricardo Carvalho. Cóż za ironia losu jeżeli przypomnieć sobie, że to Henry w akcji JOGA BONITO oznaczony jest etykietą HONOUR. Błazenada). Tak czy inaczej rozgrywający Realu Madryt umieścił piłkę w portugalskiej siatce i na trybunach wybuchła istna euforia francuskich kibiców.
W pierwszej połowie spotkania podopieczni Luisa Felipe Scolariego nie potrafili nadrobić strat, a Luis Figo grał przyzwoicie, choć bez należytego błysku. W drugiej połowie spotkania w przypadku doświadczonego Portugalczyka gra wyglądała dużo gorzej. Gołym okiem dostrzec można było, iż kapitan swojej reprezentacji nie prezentuje się dobrze pod względem fizycznym. Przemęczeni jego i kolegów z drużyny wykorzystywali Francuzi przeprowadzając co jakiś czas zaskakującą kontrę będąc nastawionymi raczej defensywnie. Tak kontrolując wydarzenia na boisku Francuzi przetrwali cały mecz, lecz wysiłki mógł popsuć bramkarz Tricolores Fabien Barthez, który przy niezbyt groźnym wydawać by się mogło strzale Cristiano Ronaldo z rzutu wolnego „wypluł” futbolówkę wprost na głowę Luisa Figo, i tylko zawodnik Interu Mediolan wie dlaczego z czterech metrów nie trafił do pustej bramki. Okazja byłego gracza Realu Madryt była ostatnią dogodną sytuacją Portugalczyków. Do końca spotkania nie potrafili już sobie podobnej stworzyć. Mimo, że och gra była bardzo miła dla oka to jednak Luis Figo i reszta odpadli z rywalizacji o Złotą Nike dając tym samym przepustkę do wielkiego finału Francuzom.


Wielcy czarno-niebiescy nieobecni piłkarskiej imprezy

Jak wszystkim z pewnością wiadomo, Javier Zanetti, żywa legenda Interu Mediolan był zawsze pewnym punktem piłkarskiej reprezentacji piłkarskiej. Javier od niepamiętnych czasów zakładał koszulkę Albicelestes, uczestniczył jako podstawowy zawodnik na mistrzostwach świata z 1998 roku, które odbywały się we Francji.
Jego kariera zbliża się nieubłaganie do końca i turniej na terenie Niemiec miał być jego ostatnią wielką imprezą piłkarską, miał być zwieńczeniem jego bujnej kariery, podsumowaniem osiągnięć, a zarazem szansą na pożegnanie się w pięknym stylu z kadrą narodową oraz ewentualnie z ukochanym Interem Mediolan.
Jose Nestor Pekerman (selekcjoner kadry Argentyny przyp. red.) miał jednak całkiem inne plany w stosunku do naszego wielkiego Il’Capitano. Otóż człowiek prowadzący kadrę kraju, który zawsze reprezentował Javier nie wpadł na pomysł, aby powołać zawodnika doświadczonego, aczkolwiek znajdującego się w lepszej kondycji fizycznej niż niejeden młody gracz. Był to wielki cios dla kapitana mediolańskiego Interu, lecz jako człowiek dorosły i zrównoważony postanowił przyjąć decyzję trenera nie okazując złości, lecz publicznie wyrażając swój smutek z powodu niemożności pomagania reprezentacji swojego kraju na imprezie piłkarskiej najwyższego szczebla.
Brak powołania dla Javiera był tym bardziej szokujący, gdy okazało się, gdy owe otrzymał kolega z klubu Nicolas Burdisso, który nie miał pewnego miejsca w składzie NerAzzurrich podczas gdy jak wiadomo Zanetti zawsze był podstawowym zawodnikiem teamu Roberto Manciniego. Wielu kibiców miało to za złe Pekermanowi, ale przecież to trener podejmuje wszystkie decyzje (czasem bardzo kontrowersyjne) i bierze na siebie wielką odpowiedzialność za wyniki całej drużyny. Tak było i tym razem. Wielka szkoda, że ucierpiał na tym symbol reprezentacji Argentyny i Interu Mediolan.

Walter Samuel - Oto imię i nazwisko kolejnego wielkiego nieobecnego gracza Interu Mediolan na niemieckich mistrzostwach. Nazywany Ścianą, były zawodnik River Plate Buenos Aires, AS Romy oraz madryckiego Realu od zawsze, do spółki z innym argentyńskim obrońcą Roberto Ayalą rządził i dzielił w defensywnej linii zespołu Albicelestes. Po bardzo nieudanej przygodzie z Realem Madryt zawodnik wrócił do SerieA, oraz niespodziewanie odzyskał swoją dawną, wysoką dyspozycję. Nie przekonało to jednak selekcjonera reprezentacji Argentyny, Jose Nestora Pekermana do wysłania mu powołania na mundial. Podobnie jak w przypadku Javiera Zanettiego, ciężko znaleźć porządne argumenty dlaczego powołanie otrzymał rezerwowy mediolańskiego Interu Nicolas Burdisso, a podstawowy gracz, ostoja defensywy nie potrafił zaskarbić sobie zaufania Pekermana. Widocznie nasz Walter po prostu nie pasował do stylu gry drużyny doświadczonego trenera z Argentyny.

Juan Sebastian Veron – Rozgrywający klubu z czarno-niebieskiej strony Mediolanu w oczach wielu kibiców Albicelestes z pewnością zasługiwał na przedmundialowe powołanie selekcjonera Jose Nestora Pekermana. Jakże duże zaskoczenie pojawiło się na ich twarzach (i tym większe na obliczach tifosich NerAzzurrich) kiedy w gronie 23 powołanych nie znalazło się nazwisko byłego gracza min. Chelsea Londyn, Manchesteru United czy Estudiantes. Natychmiast rozgorzała obszerna dyskusja na temat Verona. Ustawiany był on w podstawowych jedenastkach drużyn nazywanych Drużynami Wielkich Nieobecnych. Piłkarz, który zazwyczaj mógł być spokojny o miejsce w pierwszej jedenastce swojego klubowego zespołu nie zyskał jednak zaufania selekcjonera reprezentacji i nie dostał szansy zagrania na (w swoim przypadku prawdopodobnie ostatnim) wielkim turnieju. Temat Verona i jego nieobecności w Niemczech szybko zakończono. Nie było najmniejszego sensu dyskutować nad faktem dokonanym. Selekcjoner Pekerman zadecydował tak, a nie inaczej. Należało, więc zaprzestać dyskusją i uszanować decyzję arbitra taką jaką była.

Autor: RoRo

POZDRO

Awatar użytkownika
Loczek
Lider Drużyny
Lider Drużyny
Posty: 1594
Rejestracja: 07 sty 2005, 8:53
Reputacja: 2
Lokalizacja: Na zsyłce

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Loczek » 02 lis 2006, 17:53

Refresh tematu.

Ostatnio zajmuję się wyszukiwaniem materiałów związanych z życiem piłkarzy. Oto jeden z moich artykułów. Można go przeczytać na cenzura.pl

Mathias Sindelar
Biografia Mathiasa Sindelara jest jedną z najbardziej interesujących opowieści z kart historii piłki nożnej.

Sindelar urodził się 10 lutego 1903 roku w Austrii. Należał do proletariackiej rodziny Żydowskiej. Jako mały chłopiec nadano mu przydomek " Motzl ". Miejscem urodzenia było małe miasteczko, znajdujące się dzisiaj na terenie Republiki Czeskiej - Koslov.

Rodzinie nie wiodło się. O matce Sindelara nic nie wiadomo. Ojciec imał się prac murarskich. Niestabilność majątkowa, brak pracy i pieniędzy zmusił rodzinę Sindelarów do wyjazdu z Koslova. W poszukiwaniu pracy przenieśli się do stolicy cesarstwa Austrowęgierskiego - Wiednia. Zamieszkali w Favoriten - jednej z dzielnic stolicy. Motzl nie miał dzieciństwa jak większość dzisiejszych gwiazd. Nie grywał na budowach, na klepiskach i pobliskich łąkach w piłkę, gdyż w Wiedniu takie nie istniały. Być może to właśnie było czynnikiem, który ukształtował walory techniczne w chłopaku. Kopał piłkę między blokami, na chodniku. Nie raz był przeganiany z ulicy przez rozjuszoną policję. Właśnie w tak kuriozalny sposób kształtowała się jego technika.

W wieku 14 lat Mathias stracił ojca. Zabrała go wojna. Musiał udźwignąć ciężar bycia głową rodziny. Ojciec osierocił jego i trzy siostry. Sindelar pracował jako mechanik. Po pracy chodził na boisko pobliskiej drużyny Hertha Vienna. Tam rozwinął skrzydła. W wieku 15 lat podpisał pierwszy kontrakt. Grał w tym klubie od 1918 roku do 1924. Sześć lat wystarczyło, by potężny na ówczesne lata klub - Austria Wiedeń zakupił 20 latka. Klub był potężnym zespołem żydowskim klasy średniej. Właśnie w tym zespole kibice nadali mu przydomek

" Człowiek z papieru " (Der Papierene ) . Zawdzięczał to mizernej budowie.

Klub pod jego „ dowództwem ” pięciokrotnie sięgał po Puchar Austrii.

W roku 1926 zadebiutował w pierwszej reprezentacji Austrii. zdobywając zwycięskiego gola w wygranym 2:1 meczu z Czechosłowacją. W kolejnym Austria wygrała aż 7:1 ze słabą Szwajcarią, a sam Sindelar strzelił 2 bramki. Od tej pory jego życie było jednym wielkim pasmem sukcesów. Człowiek z Papieru stał się niemal mitem, żywą legendą. Przez 10 lat Austria nie poległa na własnym boisku. Nazywano ją Wunderteam - Cudowną Drużyną. Trenerem był Hugon Meisl (pomysłodawca zorganizowania pierwszych rozgrywek klubowych na skalę europejską - Pucharu Mitropa oraz rozgrywek międzypaństwowych - Pucharu Dr. Gerö (oba ruszyły w 1927). Brały w nich udział najsilniejsze wówczas kraje Europy: Austria, Czechosłowacja, Węgry i Włochy ). Sindelar piastował funkcję kapitana w zespole, miał ogromny wpływ na drużynę.
W latach 1931 - 1933 Austria rozegrała 16 spotkań. Bilans był fantastyczny. Wygrana 2-1 z Czechosłowacją 12 kwietnia 1931 zapoczątkowała niezwykłą serię 14 meczów bez porażki. Głośno o drużynie austriackiej zrobiło się miesiąc później, gdy wygrała ze Szkocją w Wiedniu aż 5-0! Jeszcze tego samego roku pokonała Niemcy 6-0 w Berlinie oraz 5-0 w Wiedniu, 7-1 Szwajcarię w Bazylei, a w 1932 Węgry 8-2, Szwecję 4-3, Belgię 6-1 i Włochy 2-1

7 grudnia 1932 Austria pojechała do Londynu by na Stamford Bridge zmierzyć się z Wielką Anglią. Wyspiarze wygrali 4-3 podtrzymując swoją legendę, a Sindelara tak wtedy opisał tamtejszy sędzia: "Zischek zdobył dwie bramki, lecz to gol Sindelara był prawdziwym majstersztykiem. Zaczął swój taniec od środkowej linii - i z tą charakterystyczną dla siebie elegancją minął po prostu każdego kto stanął mu na drodze i umieścił piłkę w siatce."

W półfinale mistrzostw z roku 1934 Włochy pokonały Austrię. W tych latach faszyści doprowadzili do chaosu ekonomicznego, toteż cała drużyna Austrii była wycieńczona fizycznie i psychicznie.
Rok 1938 był rokiem kończącym karierę Sindelara. W spotkaniu na cześć przyłączenia Austrii do Niemiec strzelił bramkę i ostatecznie Niemcy zostały pokonane. Po włączeniu Austrii do Niemiec Adolf Hitler zaproponował Sindelarowi występowanie w barwach Trzeciej Rzeszy. Po odmowie opuszczenia swojej ojczyzny po Anschlussie Sindelar odmówił również reprezentowania Niemiec. Austriak prawdopodobnie ze względu na to, iż był Żydem odrzucił tę propozycję. Oficjalnie twierdził, iż jest kontuzjowany i stary.

23 stycznia 1939 roku zmarł nie ukończywszy nawet trzydziestusześciu lat. W 44 spotkaniach strzelił 27 bramek. Z Austrią Wiedeń zdobył Puchar Mitropa ( 1933, 1936 ), Mistrzostwo Austrii ( 1926 ), Puchar Austrii (1925, 1926, 1933, 1935, 1936 ). Na Mistrzostwach Świata wystąpił trzykrotnie, tylko raz wpisując się na listę strzelców.

Śmierć Człowieka z Papieru do dziś jest jedną z największych tajemnic piłki nożnej.

Tak oto okoliczności śmierci przedstawia jeden z historyków :
Gustav Harmann, jego przyjaciel z dzieciństwa czekał na niego ze śniadaniem. Przez okno zobaczył, że wchodzi do Camilii Castagnoli - swojej kochanki, prostytutki. Kiedy przyjaciel nie wychodził, zaniepokojony Gustav postanowił sprawdzić co się stało. Nikt drzwi nie otwierał, więc je wyważył. Zobaczył ciało swojego przyjaciela i Camilii leżące na łóżku, a obok butelkę koniaku. Po sekcji zwłok oświadczono, iż zostali oni zatruci tlenkiem węgla. Jednak chodziły pogłoski, iż w mieszkaniu ulatniał się gaz, że zostali struci lekarstwami. Pomimo niezadowolenia Gestapo przerwało śledztwo. Przyjaciele nie wykluczali popełnienia samobójstwa ( do dziś wiele encyklopedii podaje właśnie tą wersję ). Sindelar nabawił się poważnej kontuzji kolana i lekarze twierdzili, iż to koniec jego kariery. A piłka była dla niego wszystkim.
Pod czujnym okiem oddziałów niemieckich ponad czterdzieści tysięcy ludzi przyszło pożegnać Mathiasa Sindelara, ikonę futbolu Austriackiego, Człowieka z Papieru. Dla wielu był to ktoś więcej niż piłkarz. Był idolem, na nim wzorowali się młodzi zawodnicy.

W prasie wrzało. Dziennikarze nazwali go Mozartem futbolu.

Dziś, za zasługi otrzymał pośmiertny tytuł „ Najlepszy piłkarz Austriacki XX wieku ”

Paweł Miśkiewicz

Awatar użytkownika
Loczek
Lider Drużyny
Lider Drużyny
Posty: 1594
Rejestracja: 07 sty 2005, 8:53
Reputacja: 2
Lokalizacja: Na zsyłce

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Loczek » 03 lis 2006, 18:42

A to mój wiersz :

Organizm bólu
Ciszę przerywa ... głuche milczenie.
Zduszony okrzyk po ustach się wije.
Łzy płyną wolno po suchych policzkach,
Pięść zaciśnięta po piersi się bije.
Głupie uczucie, młodzieńcza nowość.
Czemu tak łatwo wszystko porzucić?
W oddali umysłu zabili rybaka,
Bo chciał swoje sieci na serca zarzucić.
Złamane poczucie własnej wartości
Przechadza się smutno po pustej sali.
Szuka po kątach tego, co uszło ...
Widzi ... światełko w ciemności, w oddali.
Tak trudno złapać za rękę radość,
Ucieka trapiona smutku rozkoszą.
Pęknięte od wstrząsu ulotne uczucia
Po sercu nadzieję i wiarę roznoszą.
A w zapomnienie próbuje wskoczyć
W złoto odziane, wspaniałe wspomnienie.
By w czarnej otchłani ludzkiej niedoli
Odrodzić się i zostać ulotnym marzeniem.
Legną na polu bitwy rycerze.
Walczyli o szczęście u boku swej damy.
A teraz przekłóci włócznią odrzucenia
Przybyli pod nieba pokrwawione bramy.
Rycerze to myśli bijące się z sobą
Pragnące zwyciężyć, a nie liczyć rany.
Bez wsparcia kompanów z serca drugiego
Położył się wojak swą męką zalany.
W umyśle serc łaski szukają schronienia.
Z pochodnią wędrują wołając do Boga.
Chcą słyszeć odpowiedź od serca drugiego,
Niech wskaże im szlak, gdzie prosta jest droga.
Odziani w miecze błyszczące odwagą
I tarcze pragnące bronić radości...
Ogromni strażnicy spokoju serc strzegą,
Bronią oblicze od smutku i złości.
Orszak nadziei mknie po bezdrożach.
W nim siedzi postać malego człowieka,
Który ze łazmi na suchych policzkach
Krzyczy! Bo widzi światełko z daleka!
Chłopak wyciąga ręce przed siebie
A trup rybaka do życia się budzi.
Łapie za sieci, zarzuca na nowo
I łączy na nowo oboje ludzi.

Awatar użytkownika
Loczek
Lider Drużyny
Lider Drużyny
Posty: 1594
Rejestracja: 07 sty 2005, 8:53
Reputacja: 2
Lokalizacja: Na zsyłce

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Loczek » 05 gru 2006, 17:56

Rola Sportu w życiu człowieka

Od zarania dziejów ludzie rywalizowali ze sobą w każdej dziedzinie życia. Silniejszy wiódł prym i wybierał to, co najlepsze.
Słabszy musiał zadowolic się resztkami. Zarówno w świecie ludzi jak i w świecie zwierząt konkurowanie było i jest na porządku dziennym.
Rozwój cywilizacji wpłynął na ową rywalizację. Kiedyś walczono na śmierć i życie, dziś walczy się o medale, puchary i zdjęcia w bulwarówkach.
Czym więc jest sport w życiu człowieka ? W XXI wieku panuje przekonanie, iż wysportowane ciało to sposób
na udane życie towarzyskie, seksualne, na znalezienie dobrej pracy i spełnienie własnych ambicji.
Przystojny mężczyzna o wyrzeźbionej sylwetce ma większe powodzenie u kobiet, niż gruby, obleśny, pachnący wczorajszym obiadem.
Podobnie rzecz ma się z kobietami. Fast foody zostają zamienione na " super efektywne " diety, co w połączeniu
z aerobikiem, gimnastyką i litrami potu daje mieszankę wybuchową ( niekiedy dosłownie ).
Sporty dzielą się na różne kategorie : siłowe, biegowe, motorowe, związane z piłką, z pływaniem. Niektórzy uważają, że sportem jest
gra w brydża, w szachy, " zaliczanie panienek " na rekordy. Przekonanie o byciu " lepszym " powoduje wzrost libido u danego osobnika.
Sport może być zarówno sposobem na życie, jak i przerywnikiem w codzienności.
Są jednak ludzie, którzy ze sportem nie mają nic wspólnego. W szkołach podstawowych i gimnazjach nauczyciele wuefu niemalże siłą nakłaniają
dzieci do uprawiania jakiejkolwiek dyscypliny. Jeżeli ktoś jest anty, to namawianie go jest gwałtem jego przekonań.
Jakby to powiedział Gombrowicz - to gwałcenie dzieci przez uszy.
W życiu młodych ludzi ważne jest, by być atrakcyjnym. Meżczyźni faszerują się sterydami, by pokazać swoje ogromne mięśnie. Lubią, kiedy
za ich plecami wszyscy składają usta w karpia i mówią - co za facet! Kontrolerzy biletów nie podchodza do takiego, ludzie omijają go szerokim łukiem
a wśród znajomych uchodzi za najsilniejszego. " Pustą głową łatwiej jest potakiwać " powiedział grecki uczony.
Kobiety zamiast odchudzać się z głową wykańczają swój organizm morderczymi głodówkami połączonymi ze sporym wysiłkiem fizycznym.
Efektem są choroby XX i XXI wieku - bulimia, anoreksja. Doprowadzając swój organizm do granicy wytrzymałości stają się cieniem kobiety, która
byłaby atrakcyjna w oczach innych.
Rola sportu w życiu ludzi jest uwarunkowana indywidualnymi potrzebami. W Polsce niestety kultura fizyczna jest traktowana nadal po macoszemu.
Zaledwie dziesiąta częśc procenta budżetu państwa jest przeznaczona na rozwój tej kultury . W Holandii na 16 milionów mieszkańców 2 miliony to zawodnicy klubów piłkarskich.
W Polsce na 40 mln zaledwie 200 tysięcy to piłkarze. W Czechach przy każdym klubie piłki nożnej znajduje się baza szkoleniowa juniorów, a w Polsce 3 miasta
posiadają takowe rarytasy.
Sport może być antidotum na niepowodzenia w życiu, na zejście ze ścieżki " dziewictwa moralnego ". Przykładem jest życie
Mike'a Tyson'a, który w poprawczaku nauczył się sztuki walki i dzięki tej umiejętności święcił triumfy na całym świecie.
Innym przykładem jest nauczenie filozofii karate " młodych gniewnych ". Ekranizacja tego pomysłu to film z roku
1996 " Only The Strong ". Żołnierz służb specjalnych US Army walczących w Brazylii z kartelem narkotykowym, poznaje nową , nieznaną sztukę walki - Capoeira.
Po powrocie do Stanów Zjednoczonych wykorzystuje ją w zmaganiach z gangami narkotykowymi, które opanowały Miami.
Nauczając sztuki walki najgorszych uczniow ze szkoły Lincoln High wpaja im, iż przemoc nie jest sposobem na życie.. W efekcie większość z uczniów przechodzi
metamorfozę psychiczną. Wyrzutek społeczeństwa staje się porządnym człowiekiem. Vindica te tibi powiedziałby Seneka.
Rola sportu w życiu człowieka jest ogromna. Sport stał się trendy, sport to hobby. Sport to sposób na życie i sposób na budowanie swojego zdrowia.
Tak jak zmienia się cywilizacja, tak zmieniają się sposoby osiągania sukcesów. Kiedyś o dopingu było wiadomo niewiele. Dopiero w latach osiemdziesiątych
sterydy stały się tak samo modne jak dziś rolexy i grube portfele gucciego. W latach 1985 - 1998 34 znanych kulturystów zmarło wskutek zażywania anabolików.
Jaka jest więc rola sportu w życiu człowieka ? Ogromna. Każdy ma swoje cele w życiu i daży do nich ( nawet po trupach jak Makaveli ). Każdy ma swoje
ambicje i plany. Aby je zrealizować musi czasem zażyć " kąpieli relaksacyjnej ". Są różne alternatywy relaksu : film, muzyka, a także sport.
Quo Vadis sporcie ? - można by rzec spoglądając na karty historii. Każde pokolenie ma swoich idoli, problemy i ambicje. Każde dziesięciolecie
zmienia mentalność i przyzwyczajenia. Ludzie się zmieniają, starają się wychodzić naprzeciw swoim problemom. Sport powoli odchodzi do lamusa. Czystość
dyscyplin zostaje skażona dopingiem, bieganie wypiera internet, nadmiar tłuszczu spalają nowoczesne tabletki, a rywalizacja z życia przenosi się na rywalizację
o stołki, pieniądze i prestiż. Gdzie zawędruje sport ? Na piedestał czy do skrzynki ? To tylko zależy od nas.

Awatar użytkownika
Berele Lewartow
Gwiazda
Gwiazda
Posty: 5920
Rejestracja: 10 wrz 2004, 19:30
Reputacja: 700
Lokalizacja: zza Firewalla

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Berele Lewartow » 05 gru 2006, 19:11

Loczku, ten tekts, przykro mi to mówić ale jest do dupy niestety. Po pierwsze sam temat. No jak dla dzieci w podstawówce, następny razem opisz swoje najlepsze wakcje. Nie tedy droga. Nie wiem z jakiej okazji pisałeś ten tekst, czy to jakoś odgórnie miałeś zlecone, czy sam dla siebie, ale według mnie lepszy byłby jakis bardzije skonkretyzowany temat.
Co do zawartości. Jak dla mnie zbyt chaotycznie, przeskakujesz co chwila z myslami i trudno juz sie połapac o czym w ogóle piszesz. Nie skupiasz sie dogłebnie na zadnym problemie, piszesz o wszystki o niczym. Jak czytam twoj tekst, to nie widze w nim płynności, takie kolejne wyrzucane przez ciebie myśli, ani przez chwile nie pomyślałem,że pisanie tego tekstu sprawiło ci przyjemnosć, a raczej mam wrazenie jakby cie strasznie meczyło(to tak jak mnie czytanie tego). Madrości wielkich nie odkryleś, ale tez trudno czegos oczekiwac po takim temacie, to ze przytoczyłes Seneke czy Makaveliego jeszcze nie znaczy,ze jestes super inteligentn :). No i ten wstęp, uwierz mi, 8/10 osób zaczelo by tak samo. Poza tym nie zachęca di dalszego czytania.
To tyle z mojej strony. Mam nadzieje ze nastepny tekst bedzie lepszy.
Ostatnio zmieniony 05 gru 2006, 20:11 przez Berele Lewartow, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Snipp_
Bianconeri
Posty: 2230
Rejestracja: 29 cze 2005, 15:51
Reputacja: 3

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Snipp_ » 05 gru 2006, 19:52

Loczku, ten tekts, przykro mi to mówić ale jest do dupy niestety.
Do dupy jest papier, a tym tekstem to bym się nawet nie podetarł.

Bez urazy - zupełnie do mnie nie trafił. Użyłeś wyszukanego słownictwa, aczkolwiek nie w odpowiednim kontekście. Pracuj dalej, z lepszym skutkiem.

Awatar użytkownika
Berele Lewartow
Gwiazda
Gwiazda
Posty: 5920
Rejestracja: 10 wrz 2004, 19:30
Reputacja: 700
Lokalizacja: zza Firewalla

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Berele Lewartow » 05 gru 2006, 20:17

Snipp_ pisze:Do dupy jest papier, a tym tekstem to bym się nawet nie podetarł.
Napisz lepszy :idea:

Awatar użytkownika
Snipp_
Bianconeri
Posty: 2230
Rejestracja: 29 cze 2005, 15:51
Reputacja: 3

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Snipp_ » 05 gru 2006, 20:21

Berele Lewartow pisze:Napisz lepszy
Nie chcesz tego.
Nie potrafię pisać zajebistych tekstów, nie mam do tego cierpliwości więc nawet nie próbuję się narzucać. Ale chyba ocenić mogę.

Awatar użytkownika
Berele Lewartow
Gwiazda
Gwiazda
Posty: 5920
Rejestracja: 10 wrz 2004, 19:30
Reputacja: 700
Lokalizacja: zza Firewalla

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Berele Lewartow » 05 gru 2006, 20:25

Snipp_ pisze:Ale chyba ocenić mogę.
Jak napiszesz lepszy.Swoja droga kiedyś miałem taki plan żeby jeden felieton na tydzien pisać. Jak sie domyslacie, nie doszło do jego realizacji. Dlatego,też cenie osoby piszace w miare regularnie, choć np, w tym temacie rzadko sie zdarzalo cos wartościowego.

Awatar użytkownika
Snipp_
Bianconeri
Posty: 2230
Rejestracja: 29 cze 2005, 15:51
Reputacja: 3

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Snipp_ » 05 gru 2006, 20:28

Niekoniecznie. Bo np. tacy komentarorzy co to se siedzą i psioczą na poczynania piłkarzy czy tam innych sportowców to chojraki takie, sami lepiej nie potrafią, a im za psioczenie płacą. Niezła fucha co?

Awatar użytkownika
Berele Lewartow
Gwiazda
Gwiazda
Posty: 5920
Rejestracja: 10 wrz 2004, 19:30
Reputacja: 700
Lokalizacja: zza Firewalla

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Berele Lewartow » 05 gru 2006, 20:33

Snipp_ pisze:Niezła fucha co?
No jakby nie patrzeć. Ale ja Ci nie zapłace.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Hyde Park”