
zrodlo - gazeta wyborczaW lutym 2004 roku był mistrzem świata juniorów. Pokonał Thomasa Morgensterna, późniejszego mistrza olimpijskiego z Turynu. - Zaszumiało mi w głowie, byłem głupi - wspomina dziś. Ma 21 lat i ledwo wiąże koniec z końcem. Ale mówi tak: - Ja to najlepiej bym chciał skakać, żeby nie musieć pracować
Drewniana karczma pod Wielką Krokwią. Uśmiechnięta, pyzata twarz Rutkowskiego. Zuchwały wzrok. Widać, że chłopak ma diabła za skórą. Ale rozmowa z nim jest ciężka. Przytakuje, śmieje się, odpowiada monosylabami.
Podobno niedawno zostałeś ojcem.
- Nieprawda. Nieprawda. Kto ci tak naopowiadał.
Ludzie tak mówią. Masz córkę?
- Źle ci ktoś powiedział. Widziałeś, żeby pisali o tym w gazetach?
Nie, ale o Tobie mało się ostatnio pisze. Więc masz syna?
- (dłuższe milczenie, kilka westchnień) Tak, ma siedem miesięcy.
Jak ma na imię?
- Seweryn.
Półtorej godziny mija szybko. Smutne półtorej godziny - jak losy 21-letniego skoczka. Niedługo po zdobyciu złotego medalu odebrano mu prawo jazdy za jazdę po pijanemu, wyrzucono z kadry A, a potem i B. Za lenistwo, pijaństwo, nadwagę, beztroskę i głupotę.
Będę policjantem!
Zaczęło się banalnie. Kolega z wioski zapisywał się do sekcji, wziął ze sobą Mateusza. - Coby nam raźniej było - wspomina Rutkowski. Później zaczął z nimi jeździć do Zakopanego młodszy brat Łukasz. Trener Jarząbek popatrzył któregoś dnia na trzydziestoosobową grupę dzieciaków i westchnął: - Z was synkowie, tylko Rutkowscy zostaną. Reszcie się znudzi. Nie pomylił się.
Kiedy Mateusz był mały, chciał zostać policjantem. - Żeby łapać takich, co po pijanemu jeżdżą po mieście? - pytam. - Nie, prawdziwych przestępców! Dzieckiem to ja żech był spokojnym. Może dlatego później musiałem nadrobić? Szkoła? Lubiłem matematykę, bo pani ładna była.
W skokach najbardziej fascynował go lot. Nie umie tego opisać, ale wie, że jest piękne. A wie, bo leciał. W 2004 roku w Planicy skoczył 201,5 metra. Mama się o mnie bała. Śmiałem się, że nic mi nie będzie. Skoczek musi się bać, ale nie wolno mu wystraszyć się lęku. Musi go pokonać - mówi Rutkowski. Od zawsze podziwiał Svena Hannawalda. - Nawet kiedy Niemiec nie dorównywał najlepszym, to pięknie latał.
Heinz, czyli kolega
Przełomowy był rok 2003. Pełen ambicji i wiary Mateusz, a obok niego tak samo młody i jeszcze bardziej ambitny trener Heinz Kuttin. - Jakoś od razu go polubiłem - wspomina. - Do trenera w skokach to trzeba mieć zaufanie. Klimowskiemu [poprzednik Kuttina, obecnie jeden z asystentów trenera kadry Hannu Lepistoe] tak zaufać nie potrafiłem. Chyba dlatego, że Heinz był z zagranicy. A co zagraniczne, to lepsze, tak sobie wtedy myślałem. U Heinza bardziej się starałem, nie wypadało nawet podpaść. Był jak starszy kolega. Mówiliśmy do niego "Heinz". A do innych: "panie trenerze" albo "trenerze Jarząbek".
Na jednym z pierwszych zgrupowań Heinz zebrał swój "narybek". Z każdym rozmawiał indywidualnie. Zapytał, co chcę osiągnąć? - Być w szóstce MŚ juniorów, w piętnastce Pucharu Kontynentalnego i zdobyć punkty Pucharu Świata - wyliczył Rutkowski. Sprawdziło się co do joty. A nawet lepiej.
Na początku 2004 roku wygrał zawody Pucharu Kontynentalnego w Planicy. Niedługo potem w Libercu zdobył pierwsze punkty PŚ. Na Wielkiej Krokwi w Zakopanem był 15. Nie miał wówczas jeszcze 18 lat. W mistrzostwach Polski przegrał z Małyszem o 3,2 pkt. - Nie myśli się wtedy o niczym, ino o dwóch dobrych skokach. Ale to Adam skakał słabiej, a nie ja dobrze.
Żadnych myśli nie było
Zaraz potem wyjechał do Strynu na mistrzostwa świata juniorów. - Tak se kombinowałem, że dwa lata wcześniej byłem 33., potem 17. To jak teraz znów awansuję o 16 miejsc, to wygram.
I wygrał. Pierwszym, kapitalnym skokiem! 104,5 m to do dziś rekord skoczni w Strynie. - Nie denerwowałem się, raczej nie mogłem się doczekać. Chciałem to mieć za sobą. W pierwszym skoku poczułem, że idealnie trafiłem z odbiciem - wspomina. - W przerwie nie robiłem nic specjalnego. Rozgrzewka, imitacja i muzyka. Heinz powiedział, żebym się wyluzował. Jak byłem na górze, usłyszałem, ile skoczył Morgenstern. Miałem minimum osiem metrów przewagi. Co pomyślałem? Żadnych myśli w głowie nie było! Po wylądowaniu - tylko radość.
Dzień później było wicemistrzostwo świata juniorów w konkursie drużynowym. A na koniec sezonu wyjazd do Planicy na loty. I te 201,5 m. Było jeszcze trzecie miejsce w konkursie drużynowym w letniej Grand Prix w Hinterzarten i to koniec sukcesów.
Zaszumiało w głowie
Młody mistrz świata był rozchwytywany. Bohater skoczni, gminy Szaflary i szkoły w Zakopanem. Edi Federer, menedżer Adama Małysza, zapłacił mu "na poczet dalszej współpracy" kilkanaście tysięcy euro. Po kilka tysięcy złotych dołożył klub, gmina i burmistrz Nowego Targu. Pojawiły się pieniądze z Ministerstwa Edukacji. Tylko PZN skończył na obietnicy docenienia medali. - To ja dałem związkowi pierwsze w historii mistrzostwo świata juniorów, a oni mi nic! Do dziś im tego nie mogę wybaczyć - mówi. - Tylko obiecują i obiecują, a kasy nie ma. Nawet nie podziękowali. Albo podziękowali, a ja nie pamiętam.
Dolce vita trwało. Na Podhalu zaczęły rodzić się legendy. Jedne prawdziwe, inne zmyślone. - Piłem jedno-dwa piwa - twierdzi Rutkowski, ale w oczy spojrzeć nie chce. Istnieje prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że na liczbie dwa to kończyły się konkursowe skoki Mateusza. Piw było więcej. - Koloryzowali, zazdrościli. Jedno piwo znaczyło, że już jestem kompletnie nawalony. Dwa, że alkoholikiem. Odpowiadam: niech każdy na swój nos patrzy! Pierwsze piwo w życiu? Nie pamiętam. Ale wcześnie.
Koło domu pojawiło się kilkuletnie audi. - Wody sodowej w swojej głowie nie zauważyłem. A że lekko poszumiało? Każdemu młodemu chłopakowi, jak parę groszy dostanie, poszumi - mówi. Jemu szumiało aż nadto. Do zawodówki w Zakopanem chodził z butelką piwa. Na odprawach siedział nietrzeźwy.
Pamiętam trening w Kuusamo, w listopadzie 2004. Po skoku Rutkowski podjechał do Kuttina z krótkofalówką. Gdy trener ocenił skok, "Rutek" podjechał na nartach do dziennikarzy i śmiejąc się, wypalił: "Ale pierdoli, co?". Sukcesów nie było, ale wciąż był najmądrzejszy: - Niech mnie wyrzucają, a jak przyjdą zawody i tak zadzwonią, bo nie będzie miał kto skakać - mówił wtedy beztrosko. - Wstyd mi za to - przyznaje dziś.
Na dodatek - nadwaga
Upadek był bolesny. Przestał skakać w kadrze A, słaby był w kadrze B. Wrzód pękł w maju 2005. Rutkowski został zatrzymany w Zakopanem za jazdę pod wpływem alkoholu. - Policjanci mnie znali, ja ich nie. Byłem pijany - wspomina. Zabrali mu prawo jazdy. - Pieniądze się kończyły. Jak się tylko wydaje, to nie przybywa. Z nieba też nie spadną. Powiem tak: byłem głupi, robiłem źle. Ale inny skoczek zalał kiedyś pokój podczas letniego GP w Courchevel. Trzeźwy też nie był, karę zapłacił Związek i sprawa ucichła. Grzechów, jakie jemu wybaczono, nie wspomina.
Rutkowski przestał dbać o formę sportową. - Nie miałem motywacji. Kiedy mnie wyrzucili, nic mi się nie chciało - wspomina. Z chłopca o jasnej czuprynce i pucołowatej buzi, stał się mężczyzną. - Zawsze grubasek byłem - tłumaczy nadwagę. - Dzwoniłem, pytałem trenerów, czemu mnie wywalili. Kazali schudnąć. Jak chudłem, siły nie miałem. Koło się zamykało - mówi. - Jak się jest w kadrze, są wyjazdy, treningi, dieta. U Kuttina szliśmy na kolacje i każdy jadł to samo. Lekkie i dobre. A teraz w domu co? Sam sobie warzywa ugotuję? Jem to, co wszyscy.
Wszyscy odwrócili się od Rutkowskiego. Etykietki "pijak" ciężko się pozbyć. - Samochód sprzedałem, ale i te pieniądze się skończyły. Golutki byłem. Nikogo nie słuchałem, nikomu wtedy nie wierzyłem - mówi.
Pomocną dłoń wyciągnął Józef Pawlikowski-Bulcyk z Poronina. Biznesmen i pasjonat sportu, zakochany w biegach narciarskich. Chciał Rutkowskiego do swojego klubu, ale Wisła Zakopane zażądała 100 tys. zł za transfer. - Dawał mi 500 zł miesięcznie, czasem więcej. W zamian miałem trenować i wyjść z kryzysu. Nadal czuję się odtrącony. Ale wiem, że póki wyniku nie zrobię, nikt mnie do kadry nie weźmie. Telefon do prezesa PZN Apoloniusza Tajnera czy Łukasza Kruczka nic nie da. Nie opłaca się - mówi.
Kiedy przypominam, że w jego wieku Adam Małysz też miał kryzys i też chciał rzucać narty, mówi gorzko: - Ze mną na pewno nie tak jak z nim. To nierealne. Wierzę, że choć wrócę do Pucharu Świata. Od miesięcy nie potrafi jednak doskoczyć nawet do poziomu kadry B.
Od niedawna Rutkowski ma sponsora, firmę Wagraf. Dostaje 1,5 tys. zł miesięcznie. Jak w Zakopanem są warunki do skakania, jedzie 30 km na trening. Ćwiczy w kombinezonie kupionym przez Pawlikowskiego i na nartach z klubu. Po rannych zajęciach wracać się nie opłaca - bilet w jedną stronę kosztuje 6 zł. Zostaje więc do popołudniowych zajęć. O 19 jest w domu. Tam czeka dziewczyna i syn. W tym roku chce się ożenić.
- Z zawodu kucharzem jestem, ale do roboty mi się iść nie chce - wzdycha.
Rozmieniłeś talent na drobne.
- Bo ja wiem...
Nie?
- Nie.
Od mistrza świata juniorów do jazdy po pijanemu i wywalenia z kadry.
- Nie ino mnie wzięli prawo jazdy. Ale tego drugiego nie odrzucili z kadry.
Komu jeszcze?
- Nie powiem. Ale nikomu z Podhala.
Z Beskidów.
- Tak.
Jakiś czas temu wypadek samochodowy miał syn prezesa PZN Tomisław Tajner.
- (śmiech). Nic nie powiem, ale ten, co nabroił, cały czas jest przynajmniej w kadrze B. Jak takie będzie traktowanie, to dla Polski skakał nie będę. Do innego kraju się wyniosę, może przygarną?
Trzy przegrane lata chyba wystarczą.
- A może będą jeszcze drugie dwa?
To wtedy już chyba koniec?
- Chcę być dobry, nie chcę skończyć na tych dwóch medalach. Złe było i oby minęło. Patrzę na ten złoty medal codziennie. I tak se myślę, że człowiek w końcu poważnieje. Nie może zawsze być taki, jak kiedy ma 17 czy 18 lat. Tylko że ja to najlepiej bym chciał skakać, żeby nie musieć pracować.
Tylko trzech bez sukcesów
Z 14 skoczków, którzy przed Rutkowskim byli mistrzami świata juniorów, tylko trzech nie zrobiło kariery. A byli mistrzowie to m.in.: Heinz Kuttin, Janne Ahonen, Michael Uhrmann, Martin Höllwarth, Toni Nieminen, Tommy Ingebrigtsen i Thomas Morgenstern.
Dla Gazety Łukasz Kruczek, drugi trener kadry
Wygląda na to, że Mateusz poprzestanie na mistrzostwie świata juniorów. Być może jeszcze wróci do skakania, ale na razie niewiele na to wskazuje. Skacze na poziomie 14-letniego Klimka Murańki czyli nadaje się najwyżej do kadry C. Szkoda, bo natura dała mu moc, siłę i technikę. Ale kompletnie się pogubił. Nie zdecydował o tym tylko charakter, ale więcej czynników. Nie chcę mówić, jakie.
Smutno sie czyta taki artykul/wywiad. Niestety tak to juz jest. Kto nie lubi alkoholu ? Zdecydowana mniejszosc, u nas na forum takze jest to widoczne chocby w alfabetach
Niektore sprawy sa dosc ciekawe, o ktorych mowi Mateusz, ale niektore pominal, jak na przyklad to, ze po wstepnej umowie z Federerem nie doszlo do wspolpracy, gdyz z tego co pamietam rodzice sie nie zgodzili na jego stale pobyt w Austrii czy Niemczech.
Polecam








