Artykuły prasowe warte przeczytania - Strona 6

Muzyka. Literatura. Prasa. Film. TV. Krótko mówiąc - Kultura. Wszystko co się dzieje w Polsce i na Świecie jest warte skomentowania. Polityka i wydarzenia. Dyskusje tylko na wysokim poziomie.
Awatar użytkownika
cloner
Legenda Futbolu
Legenda Futbolu
Posty: 64967
Rejestracja: 08 mar 2005, 11:33
Reputacja: 8657
Kontakt:

Post Wyświetl pojedynczy post autor: cloner » 26 lut 2007, 17:15

UPADEK MISTRZA
Obrazek
W lutym 2004 roku był mistrzem świata juniorów. Pokonał Thomasa Morgensterna, późniejszego mistrza olimpijskiego z Turynu. - Zaszumiało mi w głowie, byłem głupi - wspomina dziś. Ma 21 lat i ledwo wiąże koniec z końcem. Ale mówi tak: - Ja to najlepiej bym chciał skakać, żeby nie musieć pracować


Drewniana karczma pod Wielką Krokwią. Uśmiechnięta, pyzata twarz Rutkowskiego. Zuchwały wzrok. Widać, że chłopak ma diabła za skórą. Ale rozmowa z nim jest ciężka. Przytakuje, śmieje się, odpowiada monosylabami.

Podobno niedawno zostałeś ojcem.

- Nieprawda. Nieprawda. Kto ci tak naopowiadał.

Ludzie tak mówią. Masz córkę?

- Źle ci ktoś powiedział. Widziałeś, żeby pisali o tym w gazetach?

Nie, ale o Tobie mało się ostatnio pisze. Więc masz syna?

- (dłuższe milczenie, kilka westchnień) Tak, ma siedem miesięcy.

Jak ma na imię?

- Seweryn.

Półtorej godziny mija szybko. Smutne półtorej godziny - jak losy 21-letniego skoczka. Niedługo po zdobyciu złotego medalu odebrano mu prawo jazdy za jazdę po pijanemu, wyrzucono z kadry A, a potem i B. Za lenistwo, pijaństwo, nadwagę, beztroskę i głupotę.

Będę policjantem!

Zaczęło się banalnie. Kolega z wioski zapisywał się do sekcji, wziął ze sobą Mateusza. - Coby nam raźniej było - wspomina Rutkowski. Później zaczął z nimi jeździć do Zakopanego młodszy brat Łukasz. Trener Jarząbek popatrzył któregoś dnia na trzydziestoosobową grupę dzieciaków i westchnął: - Z was synkowie, tylko Rutkowscy zostaną. Reszcie się znudzi. Nie pomylił się.

Kiedy Mateusz był mały, chciał zostać policjantem. - Żeby łapać takich, co po pijanemu jeżdżą po mieście? - pytam. - Nie, prawdziwych przestępców! Dzieckiem to ja żech był spokojnym. Może dlatego później musiałem nadrobić? Szkoła? Lubiłem matematykę, bo pani ładna była.

W skokach najbardziej fascynował go lot. Nie umie tego opisać, ale wie, że jest piękne. A wie, bo leciał. W 2004 roku w Planicy skoczył 201,5 metra. Mama się o mnie bała. Śmiałem się, że nic mi nie będzie. Skoczek musi się bać, ale nie wolno mu wystraszyć się lęku. Musi go pokonać - mówi Rutkowski. Od zawsze podziwiał Svena Hannawalda. - Nawet kiedy Niemiec nie dorównywał najlepszym, to pięknie latał.

Heinz, czyli kolega

Przełomowy był rok 2003. Pełen ambicji i wiary Mateusz, a obok niego tak samo młody i jeszcze bardziej ambitny trener Heinz Kuttin. - Jakoś od razu go polubiłem - wspomina. - Do trenera w skokach to trzeba mieć zaufanie. Klimowskiemu [poprzednik Kuttina, obecnie jeden z asystentów trenera kadry Hannu Lepistoe] tak zaufać nie potrafiłem. Chyba dlatego, że Heinz był z zagranicy. A co zagraniczne, to lepsze, tak sobie wtedy myślałem. U Heinza bardziej się starałem, nie wypadało nawet podpaść. Był jak starszy kolega. Mówiliśmy do niego "Heinz". A do innych: "panie trenerze" albo "trenerze Jarząbek".

Na jednym z pierwszych zgrupowań Heinz zebrał swój "narybek". Z każdym rozmawiał indywidualnie. Zapytał, co chcę osiągnąć? - Być w szóstce MŚ juniorów, w piętnastce Pucharu Kontynentalnego i zdobyć punkty Pucharu Świata - wyliczył Rutkowski. Sprawdziło się co do joty. A nawet lepiej.

Na początku 2004 roku wygrał zawody Pucharu Kontynentalnego w Planicy. Niedługo potem w Libercu zdobył pierwsze punkty PŚ. Na Wielkiej Krokwi w Zakopanem był 15. Nie miał wówczas jeszcze 18 lat. W mistrzostwach Polski przegrał z Małyszem o 3,2 pkt. - Nie myśli się wtedy o niczym, ino o dwóch dobrych skokach. Ale to Adam skakał słabiej, a nie ja dobrze.

Żadnych myśli nie było

Zaraz potem wyjechał do Strynu na mistrzostwa świata juniorów. - Tak se kombinowałem, że dwa lata wcześniej byłem 33., potem 17. To jak teraz znów awansuję o 16 miejsc, to wygram.

I wygrał. Pierwszym, kapitalnym skokiem! 104,5 m to do dziś rekord skoczni w Strynie. - Nie denerwowałem się, raczej nie mogłem się doczekać. Chciałem to mieć za sobą. W pierwszym skoku poczułem, że idealnie trafiłem z odbiciem - wspomina. - W przerwie nie robiłem nic specjalnego. Rozgrzewka, imitacja i muzyka. Heinz powiedział, żebym się wyluzował. Jak byłem na górze, usłyszałem, ile skoczył Morgenstern. Miałem minimum osiem metrów przewagi. Co pomyślałem? Żadnych myśli w głowie nie było! Po wylądowaniu - tylko radość.

Dzień później było wicemistrzostwo świata juniorów w konkursie drużynowym. A na koniec sezonu wyjazd do Planicy na loty. I te 201,5 m. Było jeszcze trzecie miejsce w konkursie drużynowym w letniej Grand Prix w Hinterzarten i to koniec sukcesów.

Zaszumiało w głowie

Młody mistrz świata był rozchwytywany. Bohater skoczni, gminy Szaflary i szkoły w Zakopanem. Edi Federer, menedżer Adama Małysza, zapłacił mu "na poczet dalszej współpracy" kilkanaście tysięcy euro. Po kilka tysięcy złotych dołożył klub, gmina i burmistrz Nowego Targu. Pojawiły się pieniądze z Ministerstwa Edukacji. Tylko PZN skończył na obietnicy docenienia medali. - To ja dałem związkowi pierwsze w historii mistrzostwo świata juniorów, a oni mi nic! Do dziś im tego nie mogę wybaczyć - mówi. - Tylko obiecują i obiecują, a kasy nie ma. Nawet nie podziękowali. Albo podziękowali, a ja nie pamiętam.

Dolce vita trwało. Na Podhalu zaczęły rodzić się legendy. Jedne prawdziwe, inne zmyślone. - Piłem jedno-dwa piwa - twierdzi Rutkowski, ale w oczy spojrzeć nie chce. Istnieje prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że na liczbie dwa to kończyły się konkursowe skoki Mateusza. Piw było więcej. - Koloryzowali, zazdrościli. Jedno piwo znaczyło, że już jestem kompletnie nawalony. Dwa, że alkoholikiem. Odpowiadam: niech każdy na swój nos patrzy! Pierwsze piwo w życiu? Nie pamiętam. Ale wcześnie.

Koło domu pojawiło się kilkuletnie audi. - Wody sodowej w swojej głowie nie zauważyłem. A że lekko poszumiało? Każdemu młodemu chłopakowi, jak parę groszy dostanie, poszumi - mówi. Jemu szumiało aż nadto. Do zawodówki w Zakopanem chodził z butelką piwa. Na odprawach siedział nietrzeźwy.

Pamiętam trening w Kuusamo, w listopadzie 2004. Po skoku Rutkowski podjechał do Kuttina z krótkofalówką. Gdy trener ocenił skok, "Rutek" podjechał na nartach do dziennikarzy i śmiejąc się, wypalił: "Ale pierdoli, co?". Sukcesów nie było, ale wciąż był najmądrzejszy: - Niech mnie wyrzucają, a jak przyjdą zawody i tak zadzwonią, bo nie będzie miał kto skakać - mówił wtedy beztrosko. - Wstyd mi za to - przyznaje dziś.

Na dodatek - nadwaga

Upadek był bolesny. Przestał skakać w kadrze A, słaby był w kadrze B. Wrzód pękł w maju 2005. Rutkowski został zatrzymany w Zakopanem za jazdę pod wpływem alkoholu. - Policjanci mnie znali, ja ich nie. Byłem pijany - wspomina. Zabrali mu prawo jazdy. - Pieniądze się kończyły. Jak się tylko wydaje, to nie przybywa. Z nieba też nie spadną. Powiem tak: byłem głupi, robiłem źle. Ale inny skoczek zalał kiedyś pokój podczas letniego GP w Courchevel. Trzeźwy też nie był, karę zapłacił Związek i sprawa ucichła. Grzechów, jakie jemu wybaczono, nie wspomina.

Rutkowski przestał dbać o formę sportową. - Nie miałem motywacji. Kiedy mnie wyrzucili, nic mi się nie chciało - wspomina. Z chłopca o jasnej czuprynce i pucołowatej buzi, stał się mężczyzną. - Zawsze grubasek byłem - tłumaczy nadwagę. - Dzwoniłem, pytałem trenerów, czemu mnie wywalili. Kazali schudnąć. Jak chudłem, siły nie miałem. Koło się zamykało - mówi. - Jak się jest w kadrze, są wyjazdy, treningi, dieta. U Kuttina szliśmy na kolacje i każdy jadł to samo. Lekkie i dobre. A teraz w domu co? Sam sobie warzywa ugotuję? Jem to, co wszyscy.

Wszyscy odwrócili się od Rutkowskiego. Etykietki "pijak" ciężko się pozbyć. - Samochód sprzedałem, ale i te pieniądze się skończyły. Golutki byłem. Nikogo nie słuchałem, nikomu wtedy nie wierzyłem - mówi.

Pomocną dłoń wyciągnął Józef Pawlikowski-Bulcyk z Poronina. Biznesmen i pasjonat sportu, zakochany w biegach narciarskich. Chciał Rutkowskiego do swojego klubu, ale Wisła Zakopane zażądała 100 tys. zł za transfer. - Dawał mi 500 zł miesięcznie, czasem więcej. W zamian miałem trenować i wyjść z kryzysu. Nadal czuję się odtrącony. Ale wiem, że póki wyniku nie zrobię, nikt mnie do kadry nie weźmie. Telefon do prezesa PZN Apoloniusza Tajnera czy Łukasza Kruczka nic nie da. Nie opłaca się - mówi.

Kiedy przypominam, że w jego wieku Adam Małysz też miał kryzys i też chciał rzucać narty, mówi gorzko: - Ze mną na pewno nie tak jak z nim. To nierealne. Wierzę, że choć wrócę do Pucharu Świata. Od miesięcy nie potrafi jednak doskoczyć nawet do poziomu kadry B.

Od niedawna Rutkowski ma sponsora, firmę Wagraf. Dostaje 1,5 tys. zł miesięcznie. Jak w Zakopanem są warunki do skakania, jedzie 30 km na trening. Ćwiczy w kombinezonie kupionym przez Pawlikowskiego i na nartach z klubu. Po rannych zajęciach wracać się nie opłaca - bilet w jedną stronę kosztuje 6 zł. Zostaje więc do popołudniowych zajęć. O 19 jest w domu. Tam czeka dziewczyna i syn. W tym roku chce się ożenić.

- Z zawodu kucharzem jestem, ale do roboty mi się iść nie chce - wzdycha.

Rozmieniłeś talent na drobne.

- Bo ja wiem...

Nie?

- Nie.

Od mistrza świata juniorów do jazdy po pijanemu i wywalenia z kadry.

- Nie ino mnie wzięli prawo jazdy. Ale tego drugiego nie odrzucili z kadry.

Komu jeszcze?

- Nie powiem. Ale nikomu z Podhala.

Z Beskidów.

- Tak.

Jakiś czas temu wypadek samochodowy miał syn prezesa PZN Tomisław Tajner.

- (śmiech). Nic nie powiem, ale ten, co nabroił, cały czas jest przynajmniej w kadrze B. Jak takie będzie traktowanie, to dla Polski skakał nie będę. Do innego kraju się wyniosę, może przygarną?

Trzy przegrane lata chyba wystarczą.

- A może będą jeszcze drugie dwa?

To wtedy już chyba koniec?

- Chcę być dobry, nie chcę skończyć na tych dwóch medalach. Złe było i oby minęło. Patrzę na ten złoty medal codziennie. I tak se myślę, że człowiek w końcu poważnieje. Nie może zawsze być taki, jak kiedy ma 17 czy 18 lat. Tylko że ja to najlepiej bym chciał skakać, żeby nie musieć pracować.

Tylko trzech bez sukcesów

Z 14 skoczków, którzy przed Rutkowskim byli mistrzami świata juniorów, tylko trzech nie zrobiło kariery. A byli mistrzowie to m.in.: Heinz Kuttin, Janne Ahonen, Michael Uhrmann, Martin Höllwarth, Toni Nieminen, Tommy Ingebrigtsen i Thomas Morgenstern.

Dla Gazety Łukasz Kruczek, drugi trener kadry

Wygląda na to, że Mateusz poprzestanie na mistrzostwie świata juniorów. Być może jeszcze wróci do skakania, ale na razie niewiele na to wskazuje. Skacze na poziomie 14-letniego Klimka Murańki czyli nadaje się najwyżej do kadry C. Szkoda, bo natura dała mu moc, siłę i technikę. Ale kompletnie się pogubił. Nie zdecydował o tym tylko charakter, ale więcej czynników. Nie chcę mówić, jakie.
zrodlo - gazeta wyborcza


Smutno sie czyta taki artykul/wywiad. Niestety tak to juz jest. Kto nie lubi alkoholu ? Zdecydowana mniejszosc, u nas na forum takze jest to widoczne chocby w alfabetach :wink:

Niektore sprawy sa dosc ciekawe, o ktorych mowi Mateusz, ale niektore pominal, jak na przyklad to, ze po wstepnej umowie z Federerem nie doszlo do wspolpracy, gdyz z tego co pamietam rodzice sie nie zgodzili na jego stale pobyt w Austrii czy Niemczech.

Polecam :ok:

Awatar użytkownika
franz
Ki(L)gore Trout
Posty: 3855
Rejestracja: 15 paź 2006, 16:58
Reputacja: 100
Lokalizacja: Miasto Kanibali

Post Wyświetl pojedynczy post autor: franz » 28 lut 2007, 17:28

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/ ... 50472.html

Dal wszystkich fanów pani Elizy Michalik :lol:

Ci co czesto odwiedzaja Salon24 wiedza o co chodzi :) Szkoda komentowac postepowanie tej pani i jej debilne tłumaczenia po prostu ['].

Awatar użytkownika
Pisakk
Wraca do meritum
Posty: 3047
Rejestracja: 03 mar 2004, 22:54
Reputacja: 0
Lokalizacja: Moherowe miasto - Częstochowa

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Pisakk » 17 mar 2007, 0:33

Janusz Korwin-Mikke na swoim blogu pisze:Hodowla Bydła - czyli:

MANIFEST NORMALNOŚCI

Dziwię się wam, ludzie....

...właśnie: czy jeszcze "ludzie"? Czy jeszcze na świecie rządzi Homo Sapiens - czy już tylko Homo Sovieticus, albo jego następca, Homo Europaeus?

Od ponad stu lat "postępowcy" wmawiali w ludzi, że są tylko bydlętami, że właściwie niczym nie różnią się od zwierząt - a w jakiejś gazecie, bodaj "Wyborczej", przeczytałem tryumfalny artykuł, że "człowiek tylko czterema genami różni się od stonogi". I ta propaganda odniosła skutek: ludzie sami uważają się za bydło - i pozwalają traktować się jak bydło.

Być może różnica między człowiekiem, a zwierzęciem jest tylko kulturowa - ale jest. Fizycznie możemy się nie różnić, ale mamy duszę - czy jak kto chce nazywać tę cudowną cechę człowieka. Być może różnica jest mała - ale cała nasza kultura dążyła, by ją powiększać. Dzisiejsza anty-kultura stara się ją zminimalizować.

Różnica kulturalna między człowiekiem, a bydlątkiem, jest taka, że decyzje człowieka szanujemy. Decyzji bydlęcia nie. Bydlę trzymamy na postronku, bo może zrobić sobie krzywdę albo wejść w szkodę. Dorosły mężczyzna zaś ma prawo zrobić sobie krzywdę - a jeśli wyrządzi szkodę, to ma za nią zapłacić. I to jest ta podstawowa różnica.

Jak dzisiaj jesteśmy traktowani przez rządy: jak ludzie - czy jak bydło? Jeśli ktoś każe mi zapiąć się pasem w moim własnym samochodzie - to traktuje mnie dokładnie tak, jak chłop traktuje krowę...

...to znaczy: traktował. Przepisy Wspólnoty Europejskiej, zdaje się, zakazują trzymania krowy na postronku; to ja w samochodzie muszę być przypięty. Na razie zapinam się sam, ale już niedługo będą automaty nasuwające na mnie pasy - i samochód bez ich zapięcia nie ruszy.

Krzywdy sobie zrobić nie możemy - ale za szkodę też nie płacimy: jesteśmy (pod przymusem) ubezpieczeni.

Doi się z nas pieniądze - i za te pieniądze utrzymuje się całe stado, oraz szefostwo tej "Animal Farm". Tu nie ta poetyka - ale niedługo pokażę, że zdziera się z nas 83% zarobionych pieniędzy - i ONI wydają je za nas.

Co zrobiłby Normalny Człowiek, gdyby ktoś przyszedł doń i powiedział: "Człowieku: ile zarabiasz? 3000? Świetnie! Daj mi z tego 2400, ja potrącę na siebie 600, a pozostałe 1800 wydam za ciebie - tak, że będziesz bardziej zadowolony, niż gdybyś sam wydał na siebie te 3000!" Co by zrobił Normalny Człowiek? Kopa w sempiternę - za drzwi!

Homo Europaeus porykuje z radości, że ktoś chce się nim opiekować, i głosuje na takich, którzy wezmą mu jeszcze więcej pieniędzy - za obietnicę, że siano w żłobie będzie świeższe, niż do tej pory! Ma tylko jedną prośbę: by dawać mniej owsa koniom, a trochę więcej siana im, krowom.

A konie rżą na odwrotną melodię.

Rzygać mi się chce, gdy czytam, że "rodzice hiszpańscy wyrazili radość, że rząd zajmie się problemem otyłości ich dzieci". Moja suka wykazuje więcej rozsądku: to ona karmi swoje szczeniaki i - mimo ufności - z pewnym podejrzeniem patrzy, gdy im coś podtykam. A bydlę? Krowa zapewne się cieszy, gdy ktoś zajmuje się jej cielakiem...

Zgroza mnie bierze - bo na resztki normalnych rodziców spadają kolejne ciosy. Ostatnio "polski" "Rząd" szykuje ustawę karzącą grzywną - 5000 zł - rodziców, którzy nie zaszczepią swoich dzieci!! Tyle się pisze, że niektóre szczepienia mogą być szkodliwe - i nic! Nadal "rząd" wie lepiej, jak opiekować się moim dzieckiem. W interesie firm farmaceutycznych przerabia się ludzi na bydlęta. Ale gdyby nie było to w interesie firm farmaceutycznych - byłoby tak samo źle, tylko jeszcze głupiej.

Bydło nie myśli. Bydłu serwuje się hasełka typu: "Wszystkie dzieci są nasze". Żadne z bydląt przecież nie pomyśli, że to oznacza; "Moje dziecko nie jest już moje; jest nasze". Co w praktyce oznacza, że to p.Minister je szczepi, je wychowuje... Cóż: szczeniak będzie moim psem, będzie mi służył - więc jest normalne, że to ja, a nie jego rodzice, pies i suka, decydują o tresurze. Ale żeby tak samo z człowiekiem?

Przecież gdy w 1901 roku rząd pruski postanowił zmienić tylko język, w jakim wykładany był jeden przedmiot (religia) nie zmieniając jego treści - we Wrześni wybuchnął strajk szkolny. Dziś kolejni ministrowie zmieniają treści programów, wedle swej woli wymieniają przedmioty - a rodzice to pokornie akceptują, liżąc dobrych panów po rękach - że tak dbają o ich dzieci.

Tak robi moja suka. Ale człowiek?

Dwa lata temu w USA, w Utah, dziecko było poddane chemioterapii. Po kilku miesiącach tej nieprzyjemnej kuracji, część lekarzy twierdziła, że już wystarczy - a część, że trzeba ją jeszcze kontynuować. Na nieszczęście wśród tych ostatnich był lekarz prowadzący (który miał przecież interes w kontynuacji - bo brał za to spore pieniądze...). Rodzice mimo to zabrali dziecko ze szpitala. Efekt: ścigała ich policja - i oskarżono ich o kidnapping!!!

Cóż: dawniej "kidnappingiem" było zabranie dziecka rodzicom. Teraz dzieci są "nasze", czyli państwowe; i rodzice bezczelnie ukradli państwowe dziecko, cudzą własność!

Co zrobi farmer, gdy byk z krową wyprowadzą, łamiąc ogrodzenie, swoje cielę z zagrody, gdzie on je umieścił? Przyleje obojgu bydlakom - a cielę umieści tam, gdzie on chce.

To właśnie robią z nami ONI.

Jeśli już jesteśmy przy zwierzętach: ONI mają jeszcze inne piękne hasełko: "Zwierzęta należy traktować tak samo, jak ludzi". Piękne hasło - dopóki się nie dojrzy, że jest ono równoważne hasłu: "Ludzi należy traktować tak samo jak zwierzęta". Dziś jest "wola polityczna" by staruszkom aplikować euthanazję; przecież dokładnie to samo robi się z innymi bydlętami - czy-ż nie?

Ludzie: czy jeszcze jesteście ludźmi - czy tylko bydlętami?

Oczywiście: zawsze większość ludzi chciała, by się nimi opiekować - byle dobrze. Szli więc dobrowolnie pod opiekę feudałów, wisieli u klamki pańskiej - i byli zadowoleni. Jednak dopiero d***kracja spowodowała, z ta Większość narzuciła swe obyczaje reszcie. "Ja lubię, jak mnie pod przymusem szczotkują i przycinają kopyta - to niech wszystkich pod przymusem szczotkują i przycinają kopyta".

Czasem mam wrażenie że ONI testują swoje bydełko, do jakiego stopnia już zgłupiało i można zrobić z nim, co się chce. Do czego innego mogą służyć takie pomysły jak "małżeństwa homosiów"? Jednak w miarę, jak to trwa i się rozwija, zaczynam mieć przerażające podejrzenie:

ONI, dwa pokolenia wcześniej ludzie inteligentni, wychowywali swoje dzieci w tych samych szkołach - i obecnie ONI, to... również bydlęta! Durne, tępe bydlaki marzące tylko żarciu, piciu i ekscesach seksualnych.

Widać to po sprawie "globalnego ocieplenia". ONI naprawdę wydają się wierzyć, w "zagrażające nam" ocieplenie! Choć przecież nie trzeba robić badań geologicznych: wystarczy wiedzieć, że "Grenlandia" to ląd, na którym ok. 900 roku kwitły cytryny - a, jak też wiemy, Europa nie została zalana przez ocean. Trzeba też być kompletnym kretynem, by uwierzyć, że lodowce Antarktydy, ogrzane z -40°C do -35°C - zaleją nagle cały świat.

A ONI wydają się sami w to wierzyć. Nadzorcy bydła stali się głupsi od chudoby, którą się opiekują...

Piszę to - po raz któryś powtarzając te myśli - jak rozbitek, który wrzuca papier w butelce w odmęt oceanu Internetu. Przecież gdzieś jeszcze są LUDZIE! Nie jestem na świecie sam, nie wszyscy jeszcze zbydlęcieli do cna, w niektórych tli się jeszcze iskra człowieczeństwa! Zbuntujmy się, do cholery! Obalmy ten system!

Jak można godzić się na ustrój, w którym bydlęta decydują o losie ludzi? Ja nie mam nic przeciwko temu, by ktoś chciał być traktowany jak nierogacizna - czyli żyć w "państwie opiekuńczym". Ale człowiek, który nie chce decydować o własnym losie, nie powinien w głosowaniu decydować o losie innych!

Bydło niech sobie porykuje - a my musimy żyć! Bydło myśli o pełnym żłobie - my myślimy w wyprawach w Kosmos. Przyszłość Ludzkości (jeśli ma przetrwać) zależy od tego, czy zwyciężą ludzie - czy bydlęta? Czy wygra Rozum - czy Liczba?

I nie ma tu znaczenia, czy rządzi, SLD, PiS, PO czy PSL; niezależnie od tego liczba urzędników rośnie, coraz więcej przepisów ogranicza naszą wolność... Jak długo możemy to znosić?

Na szczęście ten system już jest zgniły. Nawet bydlątka zaczynają rozumieć, że rządzące nimi świnie rozpiły się, zdemoralizowały - i nie są już od nich mądrzejsze. Koniec jest bliski. Musimy się więc z'organizować, by być gotowi do stworzenia zrębów Państwa Wolności - w momencie gdy gdy cała ta anty-europejska "Wspólnota Europejska" zacznie trzeszczeć w szwach.

To już niedługo. Zacznijmy się szykować.

Awatar użytkownika
franz
Ki(L)gore Trout
Posty: 3855
Rejestracja: 15 paź 2006, 16:58
Reputacja: 100
Lokalizacja: Miasto Kanibali

Post Wyświetl pojedynczy post autor: franz » 28 mar 2007, 14:44

Artykuł na temat sytuacji w klubie Szombierki Bytom - drużyna Szombierek Bytom przestała istnieć bo piłkarzom nie chciało się trenować :o
GW pisze:Trudno w to uwierzyć, ale drużyna Szombierek Bytom przestała istnieć. Powód? Następcom mistrzów Polski po prostu... nie chciało się trenować! Zdesperowani działacze pierwszy raz w historii klubu wycofali zespół z rozgrywek


- Jak pytałem chłopców, czy przyjdą na mecz, to słyszałem, że idą do omy na kołocz - wścieka się załamany Czesław Gambiec, kierownik drużyny, działacz Szombierek od 35 lat. Na ostatnich marcowych treningach prowadzonych przez Jana Banasia, jednego z najlepszych polskich piłkarzy lat 60. i 70., zjawiało się... sześciu graczy! - Nie mogliśmy sklecić nawet jednej jedenastki - rozkłada ręce Banaś. - W rozpaczy ściągaliśmy na ratunek Zenka Lisska [ostatnia wielka gwiazda Szombierek, rocznik 1962 - przyp. red.]. Zenek nigdy nie odmawia, zresztą jesienią wyszedł na boisko w meczu ligowym, ale tym razem nie mógł pomóc, bo jest po kontuzji - dodaje Gambiec.

Czterech na basenie, ośmiu na siłowni

Szombierki klepały biedę już od wielu lat i regularnie obniżały sportowy poziom. Ostatni raz w ekstraklasie zieloni grali w 1993 roku, potem było już tylko gorzej. Fatalny okres nadszedł po nieudanej fuzji z sąsiednią Polonią i trwa do dziś. Po rozwodzie w 1999 roku nie pomogły nawet częste zmiany prezesów, zresztą trafiających do klubu zwykle w przypadkowy sposób. Jeden z nich był najpierw... wierzycielem. Jako właścicielowi dwóch autobusów Szombierki były mu winne za przewóz piłkarzy na mecze.

Przez kilka lat drużyna balansowała na krawędzi spadku do okręgówki. Jeszcze w 2005 roku w zachowaniu statusu czwartoligowca pomogło jej wycofanie z rozgrywek rezerw Górnika Zabrze, rok później już się nie udało - na pożegnanie IV ligi zieloni przegrali 0:9 z GKS-em Katowice. Zeszłoroczna jesień również była fatalna: po sezonie bytomski klub zajmował w 16-zespołowej grupie III okręgówki zaledwie 13. miejsce. W ostatnim oficjalnym meczu przegrał 1:3 z MKS-em Siemianowice.

- Drużyna podzieliła się na dwie grupy. Solidna grupa sześciu-siedmiu chłopaków widziała sens pracy i regularnie trenowała. Pozostali opuszczali zajęcia i nie było na to rady. Oni i tak wiedzieli, że załapią się do składu - mówi z bezradnością w głosie Banaś. - Na basen przyszło czterech zawodników, na siłownię ośmiu. Do tego dzisiejsza młodzież jest rozwydrzona. Chłopcy obrażali się, kiedy zwracało im się uwagę, że robią coś nie tak - mówi Gambiec.

Działaczom nie udało się zmotywować zawodników, bo nie mieli żadnych atutów. Klub ma ok. 400 tys. zł długów i żadnego stałego źródła dochodów. Szombierki stać było tylko na pokrycie kosztów przejazdu na treningi oraz kupna butów piłkarskich, a także symboliczną premię za zwycięstwo (75 zł, ale... tylko dla najlepszych zawodników!). Opowieści o legendzie drużyny Krasówki, Sobka, braci Wilimów czy Ogazy nie robiły na graczach żadnego wrażenia.

Wierzą w reaktywację

- Żeby zakończyć sezon w V lidze, zabrakło nam ok. 25 tys. zł. Nie mamy tych pieniędzy - dodaje ze smutkiem Gambiec. Ostatni sparing zespół rozegrał 3 marca - przegrał z Orłem Mokre 1:4. Działacze mają jednak plan, jak ratować klub. Ośmiu zawodników - tych, którym chciało się trenować - zostało do czerwca bezpłatnie wypożyczonych do innych drużyn. Bez przeszkód działa za to szkółka piłkarską, grają drużyny trampkarzy i juniorów. - Mamy ok. 130 młodych zawodników - mówi Gambiec. - Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to w następnym sezonie reaktywujemy drużynę seniorów. Do tych ośmiu dołączy najzdolniejsza młodzież - zapewnia Banaś.



Gdzie są mistrzowie Polski?

Los Szombierek to ewenement. Z wyjątkiem Pogoni Lwów, która przestała istnieć w 1939 roku, wszystkie kluby, które zdobyły mistrzostwo Polski, nadal posiadają drużynę seniorów i radzą sobie lepiej lub gorzej (ale raczej lepiej).

I liga: Górnik Zabrze, Cracovia, Wisła Kraków, Legia Warszawa, ŁKS Łódź, Widzew Łódź, Lech Poznań, Zagłębie Lubin

II liga: Ruch Chorzów, Polonia Bytom, Polonia Warszawa, Śląsk Wrocław

III liga: Warta Poznań

IV liga: Garbarnia Kraków, Stal Mielec

:o

Awatar użytkownika
Duch
Entuzjasta Kraftu
Entuzjasta Kraftu
Posty: 9212
Rejestracja: 12 sie 2005, 10:26
Reputacja: 196
Lokalizacja: z Tych najlepszych

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Duch » 08 kwie 2007, 10:15

Jest wreszcie dobra wiadomość dla fanów Legii. Za tydzień gracie z Arką i o trzy punkty powinno być łatwiej...

To co pokazał bowiem mistrz Polski w Zabrzu skłania do wniosku, że nie tylko mowy nie ma o obronie tytułu, co nawet o obronie 6. miejsca. Zaś obrona złożona z Hugo i Choto, którzy poruszają się w tempie i z gracja Wojtka Fibaka, wprost zachęca do strzelania goli, z czego już niemal każdy w Polsce korzysta. Wypadałoby zorganizować jakieś światowe tournee - może są gdzieś jakieś amatorskie ekipy, które też chciałyby ograć warszawiaków.

Bo, niestety, na poprawę gry nie ma co liczyć, skoro klub, zamiast kupować dobrych graczy, kupuje dyrektorów sportowych, trenerów ma już z siedmiu, a i teraz zamiast szukać kogoś do bronienia i strzelania - kombinuje jak zasiać kolejny trawnik. Dla kogo? Ale cudze nieszczęście zawsze jest szczęściem kogoś innego. Nie mogę oprzeć się uwadze, że Zabrze ma nie tylko lepszy zespół (bo przynajmniej ambitny), ale i fantastycznych fanów. Bo proszę pomyśleć - na mecz 13 drużyny z 6. przyszło 14 tysięcy ludzi! Tak, Legia w beznadziejnej formie jest potrzebna w wielu miastach i szkoda, ze zagląda tam raz do roku.

Ale wcale nie lepiej jest z Wisłą. Już oglądanie pierwszych kwadransów meczu z Lechem skłania do wniosku, że "Biała Gwiazda" gra antyfutbol, a jej seria trzech remisów wcale nie była przypadkowa (choć, matematycznie można raz wygrać i dwa razy przegrać, a wychodzi na to samo - czemu więc Nawałka tak boi się ryzyka grając przeciw Lechowi, czyli ekipie bez tyłów?). Znów w przodzie osamotniony Brożek, którego koledzy wykończą kiedyś posyłając do straceńczych akcji jeden na trzech (jak kiedyś mawiano - rzucony na wyspę bez wsparcie). Do tego obserwacje jak i przy Legii - drzewa umierają stojąc. Aż dziw, że wyróżniającymi się graczami byli Sobolewski, Głowacki, Baszczyński, ale było to chyba dawno temu i nieprawda. No, lecz Wisełka też zamiast rozejrzeć się za grajkami, funduje sobie sportowego dyrektora, co to nawet nie dyrektorował we własnym domu, nie mówiąc już o juniorach. Oj, źle skończy się w obu czołowych klubach ta szkoła hiszpańska, bo do hiszpańskiej szkoły trzeba przecież hiszpańskich uczniów, logiczne...

Przypomnę tylko, gwoli żartu, że "Hiszpanka" nawiedziła już raz Polskę w latach 20. ubiegłego wieku - był to rodzaj grypy, której pierwszym objawem była biegunka. Oj, historia lubi się powtarzać! (bo dałem już kiedyś tytuł na okładce "Przeglądu Sportowego" - "Sraczka w Legii"). Wiadomo, zmiany w naszych klubach ograniczą się wkrótce do przetasowania coraz droższych trenerów na ichniej karuzeli. Słyszę na przykład, że do Lecha przymierza się Kasperczak, ale... też chce dyrektorować, moda taka nastała, że każdy chce w garniturku chodzić. No to skąd piłkarze mają być? Dobrze chociaż, ze ewidentnie nie sprawdził się u nas kierunek brazylijski (zresztą na ostatnim mundialu również, pamiętacie?) - Pogoń to już cień cienia, o Legii pisałem (Edson w tym roku nie umiał trafić z wolnego w nieruchoma bramkę, Elton zaginął, a Rogera dostrzegłem w dobrej akcji tak naprawdę tylko raz - jak go jakaś blondyna obściskiwała w sklepie i dynamicznie ją z siebie strząsnął).

A o mistrzostwo grają dwa kluby bez Brazylii, bez tradycji, bez zawodników (poza Gargułą), ale to jak widać wystarcza, gdy stare firmy same się demontują. W walce Bełchatowa z Lubinem stawiam na tych pierwszych. No bo nie wyobrażam sobie jak o Ligę Mistrzów można walczyć z duetem pomocników Szczepkowski - Mateusz Bartczak, plus z przereklamowanym Iwańskim. Aż takiej wyobraźni to ja nie posiadam.

Ale wszystkim fanom piłki, kibicom wszystkich drużyn, z okazji Świąt życzę zmartwychwstania nadziei. Bo przecież już za tydzień Legia ma Arkę i powinno być z górki...

Jakby nie było to jednak cała "naga" prawda :roll:

Awatar użytkownika
petru
Administrator
Administrator
Posty: 11826
Rejestracja: 05 lis 2004, 22:37
Reputacja: 680
Kibicuję: Konstytucja
Lokalizacja: 4 lipca 1921, hotel Overlook/ ultima Thule

Post Wyświetl pojedynczy post autor: petru » 08 kwie 2007, 10:57

Duch pisze: Jakby nie było to jednak cała "naga" prawda
Powiedzieć, że jest źle, jest łatwo, ale próbować wskazać przyczynę bez wzbudzania śmiechu u czytelników, to zadanie przerastające polskich dziennikarzy.
Bo, niestety, na poprawę gry nie ma co liczyć, skoro klub, zamiast kupować dobrych graczy, kupuje dyrektorów sportowych,
No, lecz Wisełka też zamiast rozejrzeć się za grajkami, funduje sobie sportowego dyrektora, co to nawet nie dyrektorował we własnym domu, nie mówiąc już o juniorach
A o mistrzostwo grają dwa kluby bez zawodników (poza Gargułą)
:lol:
bo dałem już kiedyś tytuł na okładce "Przeglądu Sportowego" - "Sraczka w Legii"
Nie wiem kto jest autorem, ale widzę z jakiej stajni się wywodzi i nie jest zaskoczony. Kolejna sraczka w Przeglądzie?

Awatar użytkownika
franz
Ki(L)gore Trout
Posty: 3855
Rejestracja: 15 paź 2006, 16:58
Reputacja: 100
Lokalizacja: Miasto Kanibali

Post Wyświetl pojedynczy post autor: franz » 10 kwie 2007, 1:22

Temat to artykuły prasowe warte przeczytania ale ten wywiad tez jest ciekawy :)
Łona przebija sie do mediów krytką IV RP nic dziwnego ze "zydowska" GW robi z nim wywiad :lol:

GW pisze:Robert Sankowski: Robisz "inteligentny hip-hop"?

Łona: Wkładanie różnych zjawisk w dobrze znane ramy to ludzka cecha, sam często to robię. Na pewno nie jest to łatka, która jakoś straszliwie mnie boli.

Nigdy nie ukrywałeś poglądów na polską rzeczywistość. Jednak na nowej płycie wolisz dyskretnie puszczać oko do słuchacza.

- Może to wynika z wrodzonej przekory. Zawsze chętnie słuchałem tekstów Wojciecha Młynarskiego, a on w końcu jest mistrzem ukrywania znaczeń i zarazem opowiadania poprzez aluzje pewnych rzeczy dobitniej, niż gdyby opisywało się je dosłownie. Bardzo się cieszę, że inni artyści wzięli się do kontestowania rzeczywistości i piętnowania pewnych zachowań politycznych i że moje pokolenie wreszcie tak śmiało zabrało głos. Ja też przy każdej okazji we właściwy sobie sposób będę to robił. Rzeczywistość pozostawia coraz więcej do życzenia, toteż ja te życzenia z przyjemnością będę wyrażał.

"Miej wątpliwość", twój pierwszy singel z nowej płyty, niby mówi o polityce, ale dotyka głębszych polskich problemów.

- Polityka uprawiana przez wszystkich siewców i piewców IV RP zakłada czarno-białe widzenie rzeczywistości - nie ma w niej miejsca na niuanse. Taka wizja świata przenosi się także na opozycję, schodzi coraz niżej, w końcu dotyka nas wszystkich. Mam wrażenie, że odkąd pojawiła się IV RP Polacy bardziej się kłócą i są coraz mniej skłonni do kompromisów. Dla mnie to jeden z najbardziej robaczywych owoców IV RP. Tracimy - mam nadzieję, że nie bezpowrotnie - skłonność do słuchania drugiej osoby. Wszystko strasznie się spolaryzowało; dziś widać głównie absolutnych przeciwników i zwolenników aborcji. Jedni i drudzy przekrzykują się na ulicy, a przecież u podstaw poprzedniego stylu myślenia - jeśli tak mogę to nazwać - leżał kompromis. On ustanawiał równowagę między tymi siłami. Teraz pole do kompromisu się skurczyło i ludzie poprzesuwali się na skrajne pozycje. To wina IV RP, ale ludzie, którzy ją kontestują, przejmują jednocześnie jej metody i jej język. W tym sensie wszyscy stają się obywatelami IV RP.

Przy okazji poprzedniej płyty w wywiadach broniłeś III RP.

- Moim zdaniem dziś jeszcze bardziej widać, jak potrzebna była gruba kreska. Nie ta, którą uczynił Mazowiecki, lecz ta, którą mu dorysowano - zostawienie całego PRL-u w spokoju. Weźmy chociażby lustrację - bo tego nie unikniemy. Ona ma swoje zalety. Jednak przecież ludzie popełniali mnóstwo grzechów. Mężowie lali żony, czasem żony lały mężów. Jednak wypłynie tylko to, że ktoś współpracował z bezpieką. To jawna niesprawiedliwość. Jak już rozliczać ludzi z przeszłości, to ze wszystkiego. Powyciągać wszystkie grzechy, urządzić sąd ostateczny na ziemi i niech się wszyscy biją w piersi.

Mam wrażenie, że przemawia przez Ciebie zamiłowanie do sprowadzania pewnych rzeczy do absurdu.

- Oczywiście. Ale mówiąc poważnie - III RP to kraj w którym wyrosłem, państwo mozolnie budowane na pięknych przykładach kompromisu - na Okrągłym Stole czy konstytucji z 1997 r. Szukanie w nim wyłącznie wad (których było sporo) i bezmyślne burzenie dotychczasowego dorobku jest barbarzyństwem. Lustracja nie jest podyktowana dążeniem do pojmowanej po chrześcijańsku prawdy, lecz - chciałbym się mylić - nienawiścią.

Dwa lata temu w wywiadzie dla "Lampy" mówiłeś o zwrocie na prawo wśród swoich rówieśników.

- W gronie moich znajomych akurat wszyscy zachowują zdrowy rozsądek. Ale w ogóle nam go coraz bardziej brakuje.

Czujesz się hiphopowym wykształciuchem?

- W rozumieniu IV RP - na pewno. Ale w hip-hopie nie jestem wyjątkiem - raperzy to nie tylko kolesie spod bloku, zresztą również wśród nich jest sporo myślących kolesi. W tym świecie nie czuję się wyobcowany. Właściwie to w każdym środowisku czuję się lepiej niż wśród apologetów IV RP.

Jesteś hiphopowcem, ale wystąpiłeś w TVP 2 w programie "Zagrajmy w kabaret" razem z krakowskim kabaretem Chatelet.

- Nie jestem pewien, czy pasujemy do tej konwencji, ale cenię sobie to doświadczenie. A czasy zrobiły się dobre dla kabaretu. I dla hip hopu też, bo, że posłużę się tym przeklętym stereotypem; hip-hop jest wyrazem buntu. Myśmy długo nie mieli się przeciw czemu buntować. Teraz już mamy.

Łona

Naprawdę nazywa się Adam Zieliński. Urodził się w 1982 r. w Szczecinie. Zadebiutował pod koniec lat 90. w grupie 3CT, pierwszą solową płytę "Koniec żartów" - dzięki której został okrzyknięty jednym z ciekawszych wykonawców na polskiej scenie hiphopowej - wydał w 2001 r. Jego styl krytycy lokowali początkowo gdzieś pomiędzy Fishem i Tede, ale Łona szybko udowodnił, że jest wykonawcą na wskroś oryginalnym. Potwierdziła to świetna druga płyta "Nic Dziwnego" z 2003 roku. Jego znakiem rozpoznawczym są dowcipne, ocierające się o groteskę, czasem nieomal kabaretowe teksty pełne obserwacji obyczajowych i społecznych, jak i nawiązań do popkultury i świata polityki. Był nominowany do Paszportu Polityki (2004) oraz nagrody im. Marcina Kołodyńskiego "5,10 i dalej" (2005). W "cywilu" jest studentem 5. roku Wydziału Prawa Uniwersytetu Szczecińskiego.

"pomiędzy Fishem i Tede" :rotfl2:

Awatar użytkownika
Yukasz
Basket fan hooligan
Posty: 6363
Rejestracja: 27 sie 2005, 13:17
Reputacja: 0
Lokalizacja: Muzeum Ziemi Podlaskiej, ul. Alternatywy 4, Wiórkowo

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Yukasz » 10 maja 2007, 0:31

Przegląd Sportowy pisze:Ogłoszono upadłość CWKS

Stało się to, co przepowiadano. CWKS Legia kończy swój żywot. Sąd Rejonowy w Warszawie ogłosił upadłość klubu i wyznaczył syndyka. Bez rozgłosu, tuż przed długim weekendem, warszawski sąd postawił krzyżyk na CWKS Legia. Wierzycielem, który wnioskował o upadłość okazał się były reprezentant klubu Krzysztof Dryja. Koszykarz grał w Legii w sezonie 2003/2004 i od tamtej pory bezskutecznie dopominał się o uregulowanie należności, które wówczas wyliczano na ok. 75 tys. złotych.

Po wielu próbach odzyskania zarobionych pieniędzy postanowił w końcu oddać sprawę do sądu. Finał rozegrał się przed kilkoma dniami. Sąd orzekł o likwidacji majątku dłużnika i wyznaczył Tomasza Sadowskiego na syndyka masy upadłościowej. To może oznaczać, że w 90-letniej historii Legii zamyka się pewien okres.

- Nie jestem pierwszym i nie ostatnim, który skierował do sądu sprawę przeciwko Legii, aby odzyskać swoje pieniądze. Takich jest bardzo wielu - wyjaśnia Dryja, który weekendowe dni spędza pod Zakopanem i nie może rozmawiać o tej przykrej sprawie. Nie czuje się też grabarzem klubu. Działacze Legii z prezesem Jackiem Gmochem na czele sami wyliczali niedawno, że długi klubu sięgają prawie 7 milionów złotych. Cierpliwość wierzycieli była wystawiona na ciężką próbę, lecz w końcu się skończyła.

W siedzibie CWKS przy Powązkowskiej na pozór toczyło się wczoraj normalne życie. Pracownice klubu wykonywały swoją robotę, kierownictwo wypoczywało. A większość członków zarządu klubu nawet nie wie, co się stało. Syndyk też wyjechał na "zieloną trawkę" poza stolicę. W sądzie podobnie, czyli pustki. Wgląd do akt mają tylko strony i dyżurujący sędzia, który nie chciał na gorąco podjąć decyzji o udostępnieniu dokumentów.

Dyrektor CWKS Janusz Dorosiewicz, z którym udało się skontaktować telefonicznie, nie sprawiał jednak wrażenia człowieka załamanego. - To smutne, ale nie tragiczne - oceniał. Co więcej, ujawnił iż CWKS dołączył się do wniosku o upadłość. - Stwierdziliśmy w sądzie, że klub nie może dalej funkcjonować w obecnym położeniu, bo jest niewypłacalny. liczymy, że syndyk może teraz doprowadzić do ugody - przyznał.

Los CWKS jest teraz w rękach syndyka, który już przejął majątek klubu i może ogłosić upadłość albo podjąć działania naprawcze. Podlega on kontroli sędziego komisarza wyznaczonego przez sąd. - Titanic idzie w dół - tak dyrektor Dorosiewicz określa sytuację Legii, ale zachowuje pewną nadzieję. - Wystąpiliśmy z pozwem do sądu cywilnego przeciwko Agencji Mienia Wojskowego, która nie wywiązała się z umowy i nie przekazała Legii w użytkowanie wieczyste nieruchomości położonych na Fortach Bema. Domagamy się odszkodowania w wysokości 23 milionów złotych. A jeśli wszystko się nie powiedzie, założymy stowarzyszenie stowarzyszeń, czyli nową Legię, w innej strukturze.
... i długów nie będzie :roll: Tak to się w Polsce robi :!: A Legia to nie pierwszy klub Gmocha, który bankrutuje :red:

Awatar użytkownika
Yukasz
Basket fan hooligan
Posty: 6363
Rejestracja: 27 sie 2005, 13:17
Reputacja: 0
Lokalizacja: Muzeum Ziemi Podlaskiej, ul. Alternatywy 4, Wiórkowo

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Yukasz » 16 maja 2007, 2:09

Może kogos to zainteresuje :wink:
Artykuł: Lynn Greer: Dramat idola

Trzy lata temu rozgrywający Idei Śląska Wrocław Lynn Greer był objawieniem nie tylko Polskiej Ligi Koszykówki, ale także elitarnej Euroligi. Gdy wreszcie wywalczył miejsce w wymarzonej NBA, spotkała go wielka tragedia osobista.


Ta historia przypomina scenariusz filmowy melodramatu, typowego wyciskacza łez. Miłość od pierwszego wejrzenia, narodziny synka, wspólne lata na końcu świata, wreszcie zawodowy sukces. Szczęście przerywa choroba i nagła śmierć ukochanej. Tyle tylko, że nikt tego nie wymyślił, a zdarzyło się to naprawdę.

Popularność go peszyła

W listopadzie 2003 roku do Wrocławia przyleciał Lynn Greer. Młody chłopak, wówczas 24-latek, z niewielkimi doświadczeniami w Europie, po obozie z Milewaukee Bucks w NBA, ale ostatecznie bez kontraktu w zawodowej lidze. Szybko stał się prawdziwym idolem kibiców i objawieniem Euroligi, stale uznawano go za zawodnika tygodnia. Sam Greer był speszony popularnością i rolą bohatera. Na parkiecie rządził i dzielił, po końcowej syrenie zmieniał się w cichego i skromnego chłopaka, który myślał przede wszystkim o tym, by szybko wracać do domu.

A miał dokąd wracać, bo ze Stanów Zjednoczonych przyleciała wraz z nim z narzeczona Jillian Pullen, matka jego syna Lynna Greera III.

- Był młodym chłopakiem, ale zawsze podkreślał, że rodzina jest dla niego najważniejsza. Dużo czasu spędzał z Jillian i małym Lynnem – mówi Krystyna Wójcik, żona Adama, dziś koszykarza Prokomu Trefla Sopot, a wtedy, obok Greera, drugiej podpory Śląska. – Trudno powiedzieć, że byliśmy przyjaciółmi, ale kilka razy spotykaliśmy się na wspólnej kolacji. W 2003 roku spędziliśmy razem sylwestra, choć trudno to nazwać huczną zabawą. To było raczej spotkanie towarzyskie w bardzo wąskim gronie. Lynna ani Jillian jakoś nie ciągnęło do wielkich imprez. Widać było, że świetnie się ze sobą rozumieją i dobrze czują w swoim towarzystwie. To była po prostu ogromnie sympatyczna para – wspomina Krystyna Wójcik.

Od pierwszego wejrzenia

Poznali się w kafeterii na Uniwersytecie Tample, gdzie oboje studiowali. Lynn był wówczas na drugim roku studiów, Jillian zaczynała naukę.

- To była miłość od pierwszego wejrzenia. Zobaczyłem ja i od razu chciałem poznać – mówił Greer dla amerykańskiego dziennika „Jurnaltimes”. Szybko zaczęli się ze sobą spotykać, stali się niemal nierozłączni. – Byliśmy przyjaciółmi, doskonale bawiliśmy się, spędzając czas razem – przyznaje Greer. Jeszcze w trakcie studiów na świat przyszedł ich syn Lynn Greer III.

Lynn miał szanse na kontrakt w NBA, ale nic z tego nie wyszło i musiał wyjechać do Europy. Jillian praktycznie wszędzie była z nim. – Tylko w Grecji, gdzie na krótko trafił przed przyjazdem do Śląska, był sam. Potem narzeczona była razem z nim w Polsce, w Rosji i we Włoszech. Swoje życie całkowicie podporządkowała jego karierze – opowiada Mateusz Jodłowski, polski agent Greera, który wciąż jest w stałym kontakcie z zawodnikiem.

W barwach Idei Śląska Lynn podbił Euroligę, rok później – jako zawodnik Dynama Moskwa – podpisał niewiarygodny kontrakt na 700 tysięcy dolarów za sezon (we Wrocławiu zarabiał 10 razy mniej). Wreszcie latem poprzedniego roku spełniły się jego marzenia i trafił do NBA.

- Zasłużył na to – we Włoszech w bardzo silnej lidze, przed rokiem był niekwestionowaną gwiazdą. W Neapolu, gdzie grał, daliby wszystko, czego by zażądał. Ale z NBA nikt nie mógł konkurować, bo to było spełnienie jego marzeń – przyznaje Jodłowski.

Lynn podpisał dwuletni gwarantowany kontrakt z Milwaukee Bucks. Gdy wydawało się, że teraz czeka go już tylko szczęśliwe życie, zaczęły się problemy zdrowotne Jillian.

- Zdarzały się od czasu od czasu. Jillian brała leki. Czasem pomagały, czasem nie. Myśleliśmy, że bóle związane były z problemami ze wzrokiem. Ale badanie okulistyczne wykluczyło taką teorię. Okulista zalecił wizytę u neurologa – wspomina Greer.

Od radości do tragedii

Diagnoza zabrzmiała jak wyrok – guz mózgu. W grudniu Jillian wyjechała na wschodnie wybrzeże, do specjalistycznej kliniki. Lekarze zadecydowali, że konieczna będzie operacja, którą zaplanowano na 4 stycznia. – W Wigilię rano rozmawialiśmy przez telefon, ale Jillian mówiła, że czuje się bardzo źle. Nawet rozmowa sprawiała jej ból, musieliśmy ją szybko skończyć – wspomina Greer. Wówczas rozmawiał z nią po raz ostatni. Miała 26 lat.

- To szok. Widzieliśmy ją wiele razy i nigdy nie przyszło mi do głowy, że ta dziewdzyna może być poważnie chora – przyznaje Krystyna Wójcik.

- Zadzwoniłem do Lynna z życzeniami noworocznymi, a on był krótko po pogrzebie Jillian. Nie mogłem w to uwierzyć – mówi Mateusz Jodłowski.

Lynn został sam z synem w zupełnie nowej sytuacji. Życie zawodowego koszykarza to ciągłe podróże, wychowaniem Lynna III zajmują się więc rodzice. Greer okazał się jednak nie tylko wielkim sportowcem, ale także wielkim człowiekiem, co najlepiej obrazuje jego podejście do tej tragicznej sytuacji.

- Wierzę w Boga. Wiem, że czasem zdarzają się rzeczy, których nie chcesz, których nawet nie możesz sobie wyobrazić. Nie mam pretensji. Jestem wdzięczny, że spotkałem taką cudowną kobietę, a nasz związek był tak długi i tak udany – mówi Lynn Greer.

W tekście wykorzystano wypowiedzi z artykułu opublikowanego w „Jurnaltimes”

» Źródło wiadomości: Słowo Polskie Gazeta Wrocławska
Michał Lizak "Słowo Polskie * Gazeta Wrocławska"
Artykuł: Potrzeba nam bohaterów

Za nami półfinały, podczas których padło wiele ciekawych teorii: "drużyna gra z sercem", "gracze grają dla kasy". Koszykówka jest w naszym kraju na takim etapie, że ciężko jest od zawodników, tym bardziej zagranicznych, wymagać zaangażowania nawet trochę ponad sportową złość. Trudno dopatrywać się przywiązania do barw klubowych... Pora przypomnieć o dwóch takich co ukradli serca kibicom ze swoich miast.


Dawno temu, za górami i lasami w małej mieścinie w centrum Polski pan Mirek Noculak miał ambicje aby wprowadzić młody klub do I ligi. Poszukiwał wzmocnień a los chciał, że jego wybór padł na młodego gracza RTI Mińsk - Igora Griszczuka. Białorusin w swoim pierwszym sezonie walnie przyczynił się do awansu II ligowego beniaminka Provide Włocławek na najwyższy szczebel rozgrywek krajowych rzucając w barażach średni 28.2 punkty na mecz. W tym samym czasie (czyli w sezonie 91/92) równie młody koszykarz, tuż przed wyjazdem na studia postanowił zdobyć ze swoją drużyną Mistrzostwo Polski. Maciek Zieliński - bo o nim mowa, świętował tym samym swój drugi tytuł z ekipą Śląska Wrocław, siedząc na walizkach do uczelni Providence, której barwy miał reprezentować w lidze NCAA. Provide Włocławek- Providence NCAA, zbieżność nazw jest pierwszą rzeczą, która połączyła tych legendarnych zawodników, ale ich losy krzyżowały się ze sobą przez długie sezony. Niczym artyści ze swoimi warsztatami ścigali się o prymat, a w rzeczywistości pracowali nad wspólnym dziełem-rzeźbiąc kształt oblicza koszykówki w Polsce.

Ktoś może powiedzieć, że pisanie o panu Macieju i panu Igorze jest trochę jak odgrzewany stek. Jednak stekiem tym żywili się przez długie lata fani basketu w całej Polsce. Próżno mówić o statystykach obu graczy. Były one wymieniane już wiele razy, przy wielu okazjach. Trzeba jednak zaznaczyć, że ich najważniejsze osiągnięcia są niemierzalne. Bez tych zawodników nie było by "świętej wojny" Wrocławia z Włocławkiem. Zdobyli oni tysiące punktów, ale jeszcze więcej serc. Zielińskiego i Griszczuka można było nie lubić (w zależności komu się kibicowało), ale obu panów trzeba było szanować. Inni zawodnicy zostawiali zdrowie na parkiecie, oni dla herbów oddali życie.

Griszczuk powiedział, kiedy odchodził do Słupska: "Włocławek to moje miasto, ja tylko zmieniam pracę". Cała Orbita w tym sezonie krzyczała :”Gdzie jest koszulka, hej Śląsku gdzie jest koszulka”, gdy tylko brakowało pod sufitem charakterystycznej "9"-tki. Ja powiem gdzie są następcy...? Gdzie są gracze, z którymi kibice mogli by się utożsamiać.

W obecnym baskecie brakuje nam przywiązania do klubów. Gdzie niedawno były gwiazdy Anwilu Jagodnik i Pluta? Z kim Nordgaard zdobywał swoje pierwsze mistrzostwo Polski? Prezesi mają cele na dany sezon i polityka układana jest na ten okres. Kiedy zawodnik się wypromuje przechodzi po roku do lepszych, często zagranicznych klubów. Czy na to tylko stać zespoły DBE - bycie trampoliną? Czy to sami zawodnicy, w pogoni za kontraktami, muszą zaprzedawać duszę diabłu (lokalnemu rywalowi)? Żadna odpowiedź na pewno nie jest ani prosta, ani jednoznaczna, wszędzie jest trochę winy, jednak gdzie to nas zaprowadziło? Gwiazd mamy coraz więcej, co cieszy, dawni bohaterowie przeżywają renesans, ale czy przeciętnemu fanu basketu nie brakuje generałów boisk, zawodników o niepodważalnym statusie w drużynie. Jagodnik mówił: "To jest nasz zawód, koszykarza. Dzisiaj pracujemy tu, jutro pracujem tam", ale czy to tylko praca... Kibicujmy Dylewiczowi - żeby stał się prawdziwym kapitanem Prokomu ,kibicujmy Chanasowi, aby był drugim Zielińskim. Rober Witka gra teraz w Turowie, być może zdobędzie z nim złoto, ale czy nie został by kolejną legendą włocławskich kibiców zostając w Anwilu. Doczekajmy okresu w którym każdy z klubów będzie miał zastrzeżony numer swojego zawodnika, a każde koszykarskie miasto swojego bohatera! Czy to jest w ogóle możliwe?
Marcin Mazurkiewicz

Awatar użytkownika
Berele Lewartow
Gwiazda
Gwiazda
Posty: 5926
Rejestracja: 10 wrz 2004, 19:30
Reputacja: 700
Lokalizacja: zza Firewalla

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Berele Lewartow » 21 maja 2007, 14:45

"Ultraprawicowa Polska poluje na gejów"
O "polowaniu na gejów w ultraprawicowej Polsce" donosi lewicowy włoski dziennik "La Repubblica".
Informując o sobotniej Paradzie Równości w Warszawie, gazeta podkreśla, że "mobilizacja homoseksualistów" jest elementem "walki o demokrację", zapoczątkowanej przez byłych prezydentów Lecha Wałęsę i Aleksandra Kwaśniewskiego. Atmosferę nienawiści do gejów dziennik porównuje do nazistowskiej propagandy czasów Josepha Goebbelsa.

W obszernym artykule, opatrzonym zdjęciami z sobotniej manifestacji, mowa jest o "groźbach i pobiciach ulicznych, agresji, prześladowaniach, ukrytych represjach w pracy, gwałtach za karę na lesbijkach, dokonywanych na wsiach przez mężczyzn".

Jak relacjonuje wysłannik gazety do Warszawy Andrea Tarquini jest to "codzienna rzeczywistość pod rządami braci Kaczyńskich i ich sojuszników z ultraprawicy".

"Ale polscy geje nie poddają się" - dodaje Tarquini zauważając, że ich pierwszym sukcesem było otrzymanie zgody na Paradę Równości.

Autor relacji podkreśla, że "Polska cywilizowana i nowoczesna Wałęsy i Kwaśniewskiego, Polska dialogu" prowadzi walkę z "Polską podejrzeń", reprezentowaną przez obecne władze.

Cytowany w artykule Tomasz Bączkowski z Fundacji Równości wyraża opinię, że "homofobia jest punktem programu tego rządu".

- To zwyczajna stara taktyka polowania na niewidzialnego wrog" - twierdzi Bączkowski.

Rozmówca włoskiego dziennikarza porównuje ją do "logiki antysemityzmu".

"Europa, w której w Berlinie, Hamburgu i Paryżu rządzą burmistrzowie - geje, wydaje się być odległa o lata świetlne" - pisze "La Repubblica". Klimat wokół homoseksualistów w Polsce określa słowami: "ciemne czasy, powiew średniowiecza".

Informując o protestach środowisk gejowskich, przeciwko wprowadzeniu niedawno zakazu szerzenia treści homoseksualnych w szkołach, rzymska gazeta stwierdza, że tę "kampanię nienawiści" wobec gejów można porównać do propagandy Goebbelsa, który mówił: "powtórz kłamstwo trzydzieści razy, a ludzie uwierzą, że to prawda".
Wisieńką na torcie jest, wzmianka o gwałtach.

Awatar użytkownika
guru
Laureat Złotej Piłki
Laureat Złotej Piłki
Posty: 9141
Rejestracja: 28 lut 2006, 19:12
Reputacja: 335

Post Wyświetl pojedynczy post autor: guru » 21 cze 2007, 15:07

Obrazek
onet.pl pisze:Szokującego odkrycia w Bagdadzie dokonali żołnierze 82. Dywizji Powietrzno-desantowej – podaje Gazeta Wyborcza. W domu dziecka patrol odnalazł zagłodzonych chłopców w wieku 3-15 lat, przywiązanych kablami do łóżek, leżących we własnych odchodach, pobitych, zbyt słabych, aby wstać o własnych siłach.

Głód dzieci, pragnienie, roje much wżerających się w rany, a to wszystko w 50-stopniowym upale, podczas gdy na tyłach sierocińca opiekunowie gotowali sobie obiad w dobrze wyposażonej kuchni – takie obrazki z domu dziecka dla dzieci specjalnej troski wstrząsnęły światem.

Nouri Al Maliki, iracki premier, zapowiada śledztwo w tej sprawie.

:roll: przerażające...


Awatar użytkownika
franz
Ki(L)gore Trout
Posty: 3855
Rejestracja: 15 paź 2006, 16:58
Reputacja: 100
Lokalizacja: Miasto Kanibali

Post Wyświetl pojedynczy post autor: franz » 27 cze 2007, 19:10

Gazeta Wyborcza zaczyna przypominać komunistyczną gazete: "Komsomolskaja Prawda" lewackość a wręcz socjalistczna propaganda aż bije z tego debilnego artykułu!

Wybiórcza pisze:W Polsce często można usłyszeć: wszystkie kłopoty ze służbą zdrowia skończyłyby się, gdybyśmy wprowadzili taki system jak w USA. Tymczasem amerykański system opieki medycznej, choć najdroższy na świecie, sprawdza się gorzej niż systemy europejskie.

Chip Hornberger jest zwalistym pięćdziesięciolatkiem. Ma farmę - 100 hektarów pastwisk nieopodal Baldwin City, malutkiego miasta w amerykańskim stanie Kansas.

Gdy go poznałem, był kilka lat po wylewie. Z trudem się poruszał i wymagał stałej rehabilitacji. Mimo to ciężko pracował - od rana zajmował się krowami, wieczorami prowadził małą restaurację z hamburgerami. Do domu wracał po jedenastej.

Chip musi pracować, bo wciąż spłaca długi z czasów swojej choroby.

Choć przed wylewem przez wiele lat płacił składki ubezpieczeniowe, kiedy rachunki za szpital zaczęły rosnąć, firma ubezpieczeniowa zerwała z nim umowę. Posłużyła się pretekstem prawnym - uznała, że zataił ważne informacje o swoim stanie zdrowia. Chip twierdzi, że to nieprawda. Pewnie mógłby się procesować, gdyby miał na to pieniądze.

Po wyjściu ze szpitala przez wiele miesięcy nie mógł znaleźć firmy, która zgodziłaby się go ubezpieczyć - był pacjentem przewlekle chorym, a więc zbyt ryzykownym. Dziś za pakiet ubezpieczeniowy płaci miesięcznie 800 dolarów. Firma pokrywa mu koszty leczenia, jeśli przekroczą 5 tys. dolarów miesięcznie. Poniżej tej kwoty Chip musi płacić za leczenie z własnej kieszeni.

Chip jest dumny, że nigdy nie głosował na Demokratów. Dziś jednak poważnie się zastanawia, na kogo oddać głos w wyborach prezydenckich 2008 r. Demokraci obiecują bowiem, że gruntownie zreformują amerykański system opieki zdrowotnej.

Najlepsi - i najgorsi

Stany Zjednoczone mają równocześnie najlepszą i najgorszą opiekę medyczną wśród krajów rozwiniętych. W Ameryce pracuje najwięcej noblistów z dziedziny medycyny, tu dokonuje się ogromnej większości przełomowych odkryć, tu są najlepsze szpitale i kliniki.

Ameryka wydaje na zdrowie dużo więcej niż inne kraje. W 2004 r. Amerykanie wydawali na opiekę medyczną 6102 dol. na osobę, podczas gdy Francuzi - 3159 dol., a Brytyjczycy - 2508 dol. (Polacy zaledwie 805 dol.). Mimo tak wysokich wydatków Amerykanie żyją średnio o kilka lat krócej niż Francuzi lub Niemcy, a śmiertelność niemowląt - która dużo mówi o poziomie opieki medycznej - jest za oceanem wyraźnie wyższa niż w krajach starej Unii.

Według badań opublikowanych w 2005 r. przez renomowane pismo medyczne "Journal of the American Medical Association" Amerykanie w wieku 55-64 lata częściej chorują niż ich brytyjscy rówieśnicy - chociaż ci drudzy wydają na zdrowie aż 60 proc. mniej! Na te wyniki nie miały wpływu ani dochody, ani wykształcenie. "Górne" 30 proc. Amerykanów (a więc ludzie najlepiej sytuowani w USA) okazało się mniej zdrowe niż "dolne" 30 proc. wyspiarzy.

Jak to możliwe, by kraj, w którym kult wydajności i sprawności jest niemal religią narodową, wydawał na zdrowie tak dużo - i w zamian dostawał tak niewiele? I dlaczego wolny rynek w opiece medycznej tak kiepsko się sprawdza?

Cena indywidualizmu

Prawie 50 mln Amerykanów - co piąty dorosły - nie ma ubezpieczenia medycznego. Kilkanaście milionów - nikt dokładnie nie wie jak wielu - "wpada" i "wypada" z systemu, żyjąc bez ubezpieczenia przez kilka miesięcy w roku (bo np. traci pracę, która gwarantowała ubezpieczenie).

To najbardziej uderzająca, choć nie jedyna różnica pomiędzy amerykańskim i europejskim podejściem do służby zdrowia. W Ameryce ubezpieczenie nie jest obowiązkowe, a zapewniają je firmy prywatne. W Europie - ale także w Kanadzie i Australii - ubezpieczenie jest powszechne, obowiązkowe i finansowane z podatków albo obowiązkowych składek.

Amerykański system opieki zdrowotnej opiera się na osobistej odpowiedzialności i wolności wyboru. Nie chcesz się ubezpieczyć? Rząd tego za ciebie nie zrobi. Każda próba objęcia ubezpieczeniem wszystkich Amerykanów - a było ich kilka, pierwsza w czasach prezydentury Harry'ego Trumana na przełomie lat 40. i 50. - spotykała się z zarzutem o wprowadzanie "socjalizmu". To samo oskarżenie amerykańska prawica (i firmy ubezpieczeniowe) wysunęły przeciw Hillary Clinton, która w 1993 r. - gdy jej mąż był prezydentem - forsowała reformę systemu opieki medycznej. Telewizyjne reklamówki powtarzały w kółko, że rząd nie powinien wybierać lekarza za pacjenta. Argument ten, choć nieprawdziwy (bo plan Clintonów tego nie zakładał), okazał się skuteczny - w ciągu roku poparcie społeczne dla reformy spadło z 60 do 40 proc.

Dziś John Edwards, jeden z najbardziej lewicowych kandydatów Demokratów na prezydenta, zapowiada wydatki 100 mld dol. rocznie na ubezpieczenie wszystkich Amerykanów. Dla porównania - wojna w Iraku kosztowała dotychczas 450 mld dolarów.

Cena biurokracji

W gospodarce nowe maszyny i technologie obniżają koszty - bo pozwalają produkować więcej i taniej. W medycynie jest na odwrót: nowe terapie - np. leki i przeszczepy - niemal zawsze zwiększają koszty. W dodatku zapotrzebowanie na leczenie stale rośnie, bo ludzie żyją coraz dłużej, a starsze społeczeństwa - to społeczeństwa bardziej schorowane.

Dlatego wszystkie kraje rozwinięte od lat 60. wydają na zdrowie coraz więcej. W 1960 r. USA przeznaczały na ten cel 5,2 proc. produktu krajowego brutto. Dziś wydają 16 proc. PKB, czyli - po raz pierwszy w historii - więcej niż na jedzenie. Według prognoz Charlesa I. Jonesa, ekonomisty z Banku Rezerwy Federalnej w San Francisco, w połowie stulecia opieka medyczna pochłaniać będzie aż jedną trzecią PKB największej gospodarki świata. Wraz z kosztami rosną zastępy ludzi nieubezpieczonych. Tradycyjnie większość Amerykanów ubezpieczali pracodawcy (pracownik pokrywał tylko małą część składki). Dziś jednak wiele firm stara się uwolnić od tych zobowiązań, a dziesiątki tysięcy zatrudnionych - np. źle opłacanych kasjerów z supermarketów Wal-Mart - nie stać nawet na tę niewielką część składki, którą muszą pokrywać z własnej kieszeni.

"Amerykański system ochrony zdrowia opiera się na selekcji negatywnej" - napisał Paul Krugman, profesor ekonomii w Princeton. Logika tego mechanizmu jest brutalnie prosta. Koszty leczenia rosną, więc firmy ubezpieczeniowe podnoszą stawki. Wysokie stawki zniechęcają do ubezpieczeń ludzi młodych i zdrowych - którym zwykle wydaje się mało prawdopodobne, by mieli nagle poważnie zachorować. W rezultacie w systemie zostają głównie ludzie starsi i bardziej schorowani - a więc bardziej kosztowni. Żeby ich leczyć (i jeszcze zarobić), ubezpieczalnia znów musi podnieść stawki. I tak koło się zamyka.

Żeby wymknąć się z tej pętli, ubezpieczyciele wkładają dużo wysiłku w "filtrowanie" swoich klientów i wyrzucanie z systemu tych, którzy kosztują za dużo.

Ponoszą za to kary, ale i tak się opłaca. We wrześniu 2006 r. kalifornijska firma Blue Cross musiała zapłacić 200 tys. dolarów kary za to, że unieważniła polisę sześcioletniej Saleh Schaeffer. Kiedy Saleh zachorowała na raka szczęki, Blue Cross zaczął płacić za jej leczenie. Gdy jednak rachunki przekroczyły 80 tys. dol., firma doszła do wniosku, że rodzice powinni byli wcześniej powiadomić ją o małym guzku na szczęce córki - i zerwała umowę. W domu Schaefferów pojawił się komornik, by wyegzekwować ich długi wobec szpitala.

Blue Cross przedobrzył. Lekarz rodzinny rozpoznał nowotwór u Saleh dopiero sześć miesięcy po zawarciu umowy, rodzicom dziewczynki nie można więc było zarzucić, że świadomie wyłudzili polisę. Kiedy o sprawie napisał "Los Angeles Times", zainteresowały się nią władze. Blue Cross posłusznie zapłacił karę, ale i tak prawdopodobnie stracił mniej, niż gdyby honorował swoje zobowiązania wobec Saleh i jej rodziców.

Niestety, ubezpieczalniom często bardziej opłaca się wydawać pieniądze nie na leczenie pacjentów, lecz na bataliony prawników, którzy głowią się, jak rozwiązywać niewygodne umowy.

Koszty administracji i marketingu w prywatnych firmach ubezpieczeniowych sięgają co najmniej 20 proc. zebranych składek (według niektórych szacunków - nawet jednej trzeciej). W państwowych systemach ubezpieczeń w Europie nie przekraczają zwykle 2 proc. Oddziały naszego NFZ - którego Polacy raczej nie uważają za instytucję wzorowo zarządzaną - wydawały w 2006 r. na administrację 0,8-1,2 proc. składek, które zebrały.

Jak policzyła firma doradcza McKinsey, za pieniądze wydawane na administrację i marketing w amerykańskim systemie opieki medycznej można byłoby wykupić ubezpieczenie dla wszystkich 50 mln Amerykanów, którzy go dzisiaj nie mają - i jeszcze zostałoby 20 mld dol. na drobne wydatki.

Cena sprawiedliwości

Paradoksalnie Amerykanie płacą więcej niż Europejczycy także dlatego, że jako pacjenci mają większe prawa.

W czerwcu jeden ze szpitali w Pittsburghu zawarł ugodę sądową z rodziną Jordanów, której zgodził się zapłacić 23 mln dol. odszkodowania za popełniony w 1997 r. błąd w sztuce medycznej. Kiedy Pamela Jordan rodziła, lekarze zbyt późno zdecydowali się na cesarskie cięcie. W rezultacie mózg dziecka został nieodwracalnie uszkodzony - chłopiec jest sparaliżowany i niewidomy, a jego rozwój umysłowy został poważnie opóźniony. Do końca życia będzie wymagał stałej opieki.

Szpital był ubezpieczony. Po wyroku firma ubezpieczeniowa ogłosiła, że podnosi stawki dla lekarzy i szpitali w Pensylwanii. Co w takiej sytuacji robi szpital? Wlicza cenę droższego ubezpieczenia w koszty zabiegów. W efekcie na wysokie odszkodowania dla ofiar błędów medycznych "zrzucają się" wszyscy pacjenci.

Procesów o błędy w sztuce medycznej jest tak dużo, że nawet drobny zabieg u amerykańskiego lekarza wymaga podpisania wielu formalnych zgód i oświadczeń. Trzeba zatrudniać urzędników, którzy przygotowują i sprawdzają te formularze - a kiedy dochodzi do procesu, trzeba płacić prawnikom. W ostatecznym rachunku wszystkie te koszty ponoszą pacjenci.

Europejskie systemy prawne są dużo mniej przyjazne dla takich pozwów - i zwykle zasądzają dużo mniejsze odszkodowania. To mniej sprawiedliwe z punktu widzenia ofiar błędów lekarzy, ale tańsze dla reszty klientów służby zdrowia.

Cena bałaganu

Rząd amerykański prowadzi dwa wielkie programy ubezpieczeń medycznych - Medicaid (przeznaczony dla osób o niskich dochodach, głównie rodzin i dzieci) oraz Medicare (dla Amerykanów po 65. roku życia). Medicare jest finansowany przez rząd federalny, Medicaid - przez rządy stanowe. Osobny system opieki zdrowotnej - w całości finansowany z budżetu federalnego - mają także weterani wojskowi.

W tym prywatno-państwowym labiryncie instytucji jest wiele dziur. Wpadają w nie np. ludzie, którzy zarabiają zbyt dużo, aby zakwalifikować się do Medicaid, ale zbyt mało, żeby wykupić ubezpieczenie na wolnym rynku. Im więcej instytucji, tym więcej procedur biurokratycznych - według różnych szacunków setki tysięcy Amerykanów nie mają żadnego ubezpieczenia, bo nie wiedzą, że im się ono należy, albo nie potrafią się przebić przez ocean papieru.

Mozaika przepisów i urzędów jest tak skomplikowana, że potrzeba lat praktyki, aby się w niej połapać. W porównaniu z amerykańskim systemy europejskie są wzorem prostoty i przejrzystości. Są też dużo tańsze. Gdzie bowiem państwo jest głównym ubezpieczycielem, może negocjować z producentami leków wysokie zniżki (bo jest dużym klientem) i dyktować stawki lekarzom (bo pośrednio ich jest głównym pracodawcą). We Francji lekarze zarabiają trzy razy mniej niż w USA - ale także dlatego opieka medyczna jest tam znacznie tańsza.

Cena nowoczesności?

Niektórzy ekonomiści amerykańscy - np. Tyler Cowen, profesor George Mason University - uważają, że europejski system opieki zdrowotnej ukrywa znaczną część kosztów.

Po pierwsze dlatego, że pasożytuje na systemie amerykańskim. Amerykanie płacą za leczenie dużo więcej, bo płacą za wynajdywanie nowych lekarstw i technologii medycznych. Niemcy i Francuzi płacą dwa razy mniej, bo korzystają z wynalazków, których dokonali Amerykanie. Specjaliści spierają się, czy tę różnicę można w ogóle policzyć - i w jaki sposób.

Po drugie, zmorą systemów europejskich jest wielomiesięczne oczekiwanie na przeszczepy albo operacje serca. O tym, że w kolejkach umiera wielu pacjentów i że stwarzają one wiele okazji do korupcji, wiemy w Polsce aż za dobrze. Amerykanie - oczywiście ci, którzy mają ubezpieczenie - ogólnie krócej czekają na kosztowne operacje niż Europejczycy.

To prawda, w krajach europejskich urzędnicy zarządzający systemem opieki zdrowotnej ograniczają liczbę drogich terapii, by obniżyć ogólny poziom wydatków na leczenie. W USA podaż i popyt na takie terapie reguluje rynek. Europejczycy mogliby odpowiedzieć: owszem, reguluje, ale w interesie najbogatszych pacjentów.

Dlaczego w ochronie zdrowia wolny rynek się nie sprawdza? Konserwatywny amerykański ośrodek analityczny RAND Corporation badał, jak wydają pieniądze na leczenie ludzie, którzy płacą na ten cel z własnej kieszeni. Okazało się, że gdy brakuje im pieniędzy, rezygnują - dość przypadkowo - zarówno ze zbędnych, jak i bardzo potrzebnych kuracji.

Wolny rynek działa wówczas, gdy konsument wie, co kupuje, i jest w stanie podejmować decyzje racjonalne. Medycyna jest jednak na tyle skomplikowana, że bardzo niewielu ludzi potrafi samodzielnie ocenić oferowany im "towar". Dużo łatwiej porównać zalety (i ceny) dwóch telewizorów w supermarkecie niż dwóch różnych terapii. Jeszcze trudniej o racjonalny wybór, kiedy na niewiedzę nakłada się strach przed śmiercią.

W praktyce - jak ustalił RAND - pacjenci opierają się na radach specjalistów (którzy mogą mieć własne interesy - np. zalecać lekarstwa, za których promowanie zapłaciły im firmy farmaceutyczne) albo ślepo wierzą w to, co wmawiają im spece od marketingu medycznego.

W badaniach opinii publicznej Amerykanie regularnie wystawiają swojej służbie zdrowia fatalne oceny. Francuzi i Duńczycy nie tylko żyją dłużej, ale także są bardzo zadowoleni ze swojej - publicznej - służby zdrowia. To ostatni - i może najważniejszy - sprawdzian.

Jakiś kretyn po przeczytaniu tej sprytnie skonstruowanej propagandy gotów uwierzyć w te bzdury demokratów(lewaków) o wprowdzeniu systemu na wzór europejskiego, to będzie koniec potęgi gospodarczej U.S.A.

Awatar użytkownika
Berele Lewartow
Gwiazda
Gwiazda
Posty: 5926
Rejestracja: 10 wrz 2004, 19:30
Reputacja: 700
Lokalizacja: zza Firewalla

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Berele Lewartow » 27 cze 2007, 19:23

franz pisze:Amerykański system opieki zdrowotnej opiera się na osobistej odpowiedzialności i wolności wyboru. Nie chcesz się ubezpieczyć? Rząd tego za ciebie nie zrobi
O mamo! I oni na to pozwalają :o

Awatar użytkownika
franz
Ki(L)gore Trout
Posty: 3855
Rejestracja: 15 paź 2006, 16:58
Reputacja: 100
Lokalizacja: Miasto Kanibali

Post Wyświetl pojedynczy post autor: franz » 27 cze 2007, 19:38

O mamo! I oni na to pozwalają

Też się dziwie, przecież lepiej oddać wolność wyboru władzy nich decydują za mnie ja jestem tylko bydlakiem który beczy jak mi władza każe, jak każą się ubezpieczyć i płacić to to robie i jeszcze jestem widzięczny i wielce szcześliw, że rząd tak o mnie "dba".

Szkoda, że przez głupka Busha następne wybory wygra jakaś Świnia Orwellowska od Demokratów(lewaków) i to będzie koniec U.S.A a szkoda ich dało sie jeszcze uratować, bo my już dawno utknęliśmy w bagnie reżimu eurosocjalizmu :(

ODPOWIEDZ

Wróć do „Kultura, polityka, wydarzenia”